Nieznacznie
z wilgotnego wykradał się mroku
Świt
bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.
Dawno
wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.
Mgła
wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy
Nad
ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
Widać
z bielszego nieco na niebie obwodu,
Że
słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
Lecz
idzie niewesoło i po drodze drzemie.
Za
przykładem niebieskim wszystko się spóźniło
Na
ziemi; bydło poźno na paszę ruszyło
I
zdybało zające przy późnem śniadaniu;
One
zwykły do gajów wracać o świtaniu,
Dziś,
okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,
Te,
jamki w roli kopiąc, parami się kupią
I na wolnem powietrzu myślą użyć wczasu;
Ale
przed bydłem muszą powracać do lasu.
I w
lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,
Otrząsnął
pierze z rosy, tuli się do drzewa,
Głowę
wciska w ramiona, oczy znowu mruży
I
czeka słońca. Kędyś u brzegów kałuży
Klekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,
Rozdziawiwszy
się ciągną gawędy rozwlokłe,
Obrzydłe
gospodarzom jako wróżby słoty.
Gospodarze
już dawno wyszli do roboty.
Już
zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną,
Jak
dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,
Tem smutniejszą, że dźwięk jej w mgłę bez
echa wsiąka;
Chrząsnęły
sierpy w zbożu, ozwała się łąka,
Rząd
kosiarzy otawę siekących wciąż brząka,
Pogwizdując
piosenkę; z końcem każdej zwrotki
Stają,
ostrzą żelezca i w takt kują w młotki.
Ludzi
we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy
I
pieśni brzmią jak muzyk niewidzialnych głosy.
W
środku na snopie zboża ekonom usiadłszy,
Nudzi
się, kręci głową, roboty nie patrzy,
Pogląda na gościniec, na drogi rozstajne,
Kędy
działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.
Na
gościńcu i drogach od samego ranka
Panuje
ruch niezwykły; stąd chłopska furmanka
Skrzypi,
lecąc jak poczta, stąd szlachecka bryka
Czwałem tarkocze,
drugą i trzecią spotyka;
Z
lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni,
Z
prawej przebiegło w zawód kilkanaście koni,
Wszyscy
spieszą, ku różnym kierują się stronom.
Co to
ma znaczyć? Powstał ze snopa ekonom,
Chciał
przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,
Daremnie
wołał, nie mógł zatrzymać nikogo
Ni
poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy,
Tylko
słychać raz po raz tętent kopyt głuchy
I, co
dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:
Bardzo
to ekonoma i cieszy, i straszy.
Bo
choć na Litwie było naonczas spokojnie,
Dawno
już wieści głuche biegały o wojnie,
O
Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.
Miałyżby wojnę wróżyć ci jezdzcy?
te bronie?
Ekonom
pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć,
Spodziewając
się i sam czegoś się dowiedzieć.
W
Soplicowie domowi i goście, po kłótni
Wczorajszej
wstali z siebie nieradzi i smutni.
Próżno
Wojszczanka damy na kabałę sprasza,
Mężczyznom
próżno karty dają do mariasza:
Nie
chcą bawić się ni grać, siedzą cicho w kątkach,
Mężczyźni
palą lulki, kobiety przy prątkach;
Nawet
śpią muchy.
Wojski,
rzuciwszy łopatkę,
Znudzony
ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.
Woli
w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzyków,
Groźb i razów kucharza, hałasu kuchcików;
Aż go
powoli wprawił w przyjemne marzenie
Ruch
jednostajny rożnów kręcących pieczenie.
Sędzia
od rana pisał, zamknąwszy się w izbie,
Woźny
od rana czekał pod oknem na przyzbie;
Sędzia,
skończywszy pozew, Protazego wzywa,
Skargę
przeciw Hrabiemu głośno odczytywa:
O
skrzywdzenie honoru, zelżywe wyrazy,
Zaś
przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;
Obudwu o przechwałki, o koszta z powodu
Procesu
- ciągnie w rejestr taktowy do grodu.
Pozew
dziś trzeba wręczyć ustnie, oczywisto,
Nim
zajdzie słońce. Woźny z miną uroczystą
Wyciągnął
słuch i rękę, skoro pozew zoczył;
Stał
poważnie, a rad by z radości podskoczył.
Na
samą myśl procesu czuł, że się odmłodził:
Wspomniał
na dawne lata, gdy z pozwami chodził
Po
guzy, ale razem po zapłaty hojne.
Tak
żołnierz, który strawił życie tocząc wojnę,
A na
starość w szpitalach spoczywa kaleki,
Skoro
usłyszy trąbę lub bęben daleki,
Chwyta
się z łoża, krzyczy przez sen: "Bij Moskala!"
I na
drewnianej nodze skacze ze szpitala
Tak
prędko, że go ledwie może złowić młodzież.
Protazy
śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież.
Przecież
żupana ani kontusza nie kładzie,
One
służą ku wielkiej sądowej paradzie;
Na
podróż ma strój inny: szerokie rajtuzy
I
kurtę, której poły, podpięte na guzy,
Można
zakasać albo spuścić na kolana;
Czapka
z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,
Wznosi
się na pogodę, spuszcza się przed słotą.
Tak
ubrany, wziął pałkę i ruszył piechotą.
Bo
woźni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,
Muszą
kryć się pod różną postacią i strojem.
Dobrze
zrobił Protazy, że w drogę pospieszył,
Bo
niedługo by swoim pozwem się nacieszył.
W
Soplicowie zmieniano kampaniji plany.
Do
Sędziego wpadł nagle Robak zadumany
I
rzekł: "Sędzio, to bieda nam z tą panią ciotką,
Z tą
panią Telimeną, kokietką i trzpiotką!
Kiedy
Zosia została dzieckiem w biednym stanie,
Jacek
ją Telimenie dał na wychowanie,
Słysząc,
że jest osoba dobra, świat znająca,
A
postrzegam, że ona coś tu nam zamąca,
Intryguje
i pono Tadeuszka wabi;
Śledzę
ją; albo może bierze się do Hrabi,
Może
do obu razem. Obmyślmy więc środki,
Jak
się jej pozbyć, bo stąd mogą urość plotki,
Zły
przykład i pomiędzy młokosami zwady,
Które
mogą pomieszać twe prawne układy".
"Układy?
- krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem -
Z
układów kwita, już je skończyłem, zerwałem".
"A
to co? - przerwał Robak. - Gdzie rozum? gdzie głowa?
Co tu
mi Wasze bajasz? jaka burda nowa?"
"Nie
z mej winy - rzekł Sędzia. - Proces to wyjaśni:
Hrabia,
pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,
I
Gerwazy łotr; lecz to do sądu należy.
Szkoda,
żeś nie był, Księże, w zamku na wieczerzy,
Poświadczyłbyś,
jak Hrabia srodze mnie obraził".
"Po
coś Waść - krzyknął Robak - do tych ruin łaził?
Wiesz,
jak zamku nie cierpię; odtąd moja noga
Tam
nie postanie. Znowu kłótnia! kara Boga!
Jakże
tam było? powiedz; trzeba tę rzecz zatrzeć.
Już
mię znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć.
Ważniejsze
ja mam sprawy niż godzić pieniaczy,
Ale
jeszcze raz zgodzę".
"Zgodzić?
Cóż to znaczy!
A
idźże mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha! -
Przerwał
Sędzia, tupnąwszy nogą. - Patrzcie mnicha!
Że go
przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić.
Wiedz
Wasze, że Soplice nie zwykli się godzić;
Gdy
pozwą, muszą wygrać: nieraz w ich imieniu
Trwał
proces, aż wygrali w szóstym pokoleniu.
Dosyć
zrobiłem głupstwa, z porady Waszeci,
Zwołując
podkomorskie sądy po raz trzeci.
Od
dzisiaj nie ma zgody; nie ma, nie ma, nie ma!
(I
krzycząc chodził, tupał nogami obiema).
Prócz
tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek
Musi
mnie deprekować, albo pojedynek!"
"Ale,
Sędzio, cóż będzie, jak się Jacek dowie?
Wszak
on umrze z rozpaczy! Czyliż Soplicowie
Nie
nabroili jeszcze w tym zamku dość złego!
Bracie!
wspominać nie chcę wypadku strasznego.
Wiesz
także, że część gruntów od zamku dziedzica
Zabrała
i Soplicom dała Targowica.
Jacek
za grzech żałując, musiał był ślubować
Pod
absolucją dobra te restytuować.
Wziął
więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogą,
Hodować,
wychowanie jej opłacał drogo.
Chciał
ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać
I tak
dwa poróżnione domy znowu zbratać,
I
dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży".
"Lecz
cóż to? - krzyknął Sędzia - co do mnie należy?
Ja
się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;
Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem,
Siedząc
wtenczas retorem w jezuickiej szkole,
Potem
u wojewody służąc za pacholę.
Dano
mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,
Przyjąłem,
hodowałem, myślę o jej losie.
Dość
mnie nudzi ta cała historyja babia!
A
potem, czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?
Z
jakim prawem do zamku? Wszak wiesz, przyjacielu,
On
Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!
I ma
mnie lżyć? a ja go zapraszać do zgody!"
"Bracie!
- rzekł ksiądz - ważne są do tego powody.
Pamiętasz,
że Jacek chciał do wojska słać syna,
Potem
w Litwie zostawił: cóż w tym za przyczyna?
Oto w
domu Ojczyznie potrzebniejszy będzie.
Słyszałeś
pewnie, o czem już gadają wszędzie,
O czem ja wiadomostki przynosiłem
nieraz:
Teraz
czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!
Ważne
rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!
Wojna
o Polskę! bracie! Będziem Polakami!
Wojna
niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem
Tu
biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem;
Napoleon
już zbiera armiję ogromną,
Jakiej
człowiek nie widział i dzieje nie pomną;
Obok
Francuzów ciągnie polskie wojsko całe,
Nasz
Józef, nasz Dąbrowski, nasze orły białe!
Już
są w drodze, na pierwszy znak Napoleona
Przejdą
Niemen i - bracie! Ojczyzna wskrzeszona!"
Sędzia,
słuchając, z wolna okulary składał
I
wpatrując się mocno w Księdza, nic nie gadał,
Westchnął
głęboko, w oczach łzy się zakręciły...
Wreszcie
porwał za szyję Księdza z całej siły:
"Mój
Robaku! - wołając - czy to tylko prawda?
Mój
Robaku! - powtarzał - czy to tylko prawda?
Ileż
razy zwodzono! Pamiętasz? gadali:
Napoleon
już idzie! i my już czekali!
Gadano:
już w Koronie, już Prusaka pobił,
Wkracza
do nas! A on - co? Pokój w Tylży zrobił!
Czy
tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?"
"Prawda
- zawołał Robak - jak Pan Bóg na niebie!"
"Błogosławioneż niechaj będą usta, które
To
zwiastują! - rzekł Sędzia wznosząc ręce w górę. -
Nie
pożałujesz twego poselstwa, Robaku,
Nie
pożałuje klasztor; dwieście owiec z braku
Daję
na klasztor. Księże, tyś się wczora palił
Do
mojego kasztanka i gniadosza chwalił,
Dziś
zaraz w twym kwestarskim wozie pójdą oba;
Dziś
proś mnie, o co zechcesz, co ci się podoba,
Nie
odmówię! Lecz o tym interesie całym
Z
Hrabią, daj pokój; skrzywdził mnie, już zapozwałem,
Czyż
wypada..."
Załamał
ręce Ksiądz zdziwiony.
Wlepiwszy
oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,
Rzekł:
"To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,
Gdy
świat drży cały, to ty myślisz o procesie?
I
jeszczeż po tem wszystkim, com
tobie powiedział,
Będziesz
spokojnie, ręce założywszy, siedział,
Gdy
działać trzeba!"
-
"Działać? Cóż?" - Sędzia zapytał.
"Jeszcześ - rzekł Robak - z oczu moich nie wyczytał?
Jeszcze
serce nic tobie nie gada? Ach, bracie!
Jeśli
Soplicowskiej krwi kroplę w żyłach macie,
Uważ tylko: Francuzi uderzają z przodu?...
A
gdyby z tyłu zrobić powstanie narodu?
Co
myślisz? Niech no Pogoń zarży, niech na Żmudzi
Niedźwiedź
ryknie! Ach, gdyby jakie tysiąc ludzi,
Gdyby
choć pięćset z tyłu na Moskwę natarło,
Powstanie
jako pożar wkoło rozpostarło,
Gdybyśmy
my, nabrawszy Moskwie harmat, znaków,
Zwycięzcy
szli powitać wybawców rodaków?
Ciągniemy!
Napoleon widząc nasze lance
Pyta:
<<Co to za wojsko?>> My krzyczym:
<<Powstańce,
Najjaśniejszy
Cesarzu! Litwa ochotnicy!>>
Pyta:
<<Pod czyją wodzą?>> - <<Sędziego Soplicy!>>
Ach,
któż by potem pisnąć śmiał o Targowicy?
Bracie,
póki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,
Póty
w Litwie Sopliców imieniowi słynąć;
Wnuków,
prawnuków będzie Jagiełłów stolica
Wskazywać
palcem, mówiąc: oto jest Soplica,
Z
tych Sopliców, co pierwsi zrobili powstanie!"
A na
to Sędzia: "Mniejsza o ludzkie gadanie;
Nigdy
nie dbałem bardzo o pochwały świata,
Bóg
świadkiem, żem nie winien grzechów mego brata;
W
politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał,
Urzędując
i orząc mojej ziemi kawał;
Lecz
jestem szlachcic, rad bym plamę domu zmazać,
Jestem
Polak, dla kraju rad bym coś dokazać,
Choć
duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi,
Wszakże
bierali ludzie i ode mnie cięgi;
Wie
świat, że w czasie polskich ostatnich sejmików
Wyzwałem
i zraniłem dwoch braci Buzwików,
Którzy...
Ale to mniejsza. Jakże Wasze myśli?
Czy
potrzeba, żebyśmy zaraz w pole wyszli?
Strzelców
zebrać - rzecz łatwa; prochu mam dostatek,
W plebaniji u księdza jest kilka armatek;
Przypominam,
iż Jankiel mówił, iż u siebie
Ma
groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie;
Te
groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca
Pod
sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim
drzewca,
Szabel
nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
Ja z
synowcem na czele i? - jakoś to będzie !"
"O
polska krwi!" - zawołał Bernardyn wzruszony,
Z otwartemi skoczywszy na Sędzię ramiony. -
"Prawe
dziecię Sopliców! Tobie Bóg przeznacza
Oczyścić
grzechy brata twojego, tułacza;
Zawszem ciebie szanował, ale od tej chwili
Kocham
cię, jak gdybyśmy bracią sobie byli!
Przygotujemy
wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze;
Ja
sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.
Wiem,
że car wysłał gońców do Napoleona
Prosić
o pokój; wojna nie jest ogłoszona;
Lecz
książę Józef słyszał od pana Biniona,
Francuza;
co należy do cesarskiej rady,
Że
się na niczem skończą wszystkie te układy,
Że
będzie wojna. Książę wysłał mnie na zwiady
Z
rozkazem, żeby byli Litwini gotowi
Dowieść
przychodzącemu Napoleonowi,
Że
chcą złączyć się znowu z siostrą swą, Koroną,
I
żądają, ażeby Polskę przywrócono.
Tymczasem
bracie, z Hrabią trzeba przyjść do zgody;
Jest
to dziwak, fantastyk trochę, ale młody,
Poczciwy,
dobry Polak; potrzebny nam taki;
W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki,
Wiem
z doświadczenia; nawet głupi się przydadzą,
Byle
tylko poczciwi i pod mądrych władzą.
Hrabia
pan, ma u szlachty wielkie zachowanie;
Cały
powiat ruszy się, jeśli on powstanie;
Znając
jego majątek, każdy szlachcic powie:
Musi
to być rzecz pewna, gdy z nią są panowie.
Biegę do niego zaraz".
"Niech
się pierwszy zgłosi -
Rzekł
Sędzia - niech przyjedzie tu, mnie niech przeprosi;
Wszak
jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!
Co
się tycze procesu, sąd arbitrów będzie..."
Bernardyn
trzasnął drzwiami. "No, szczęśliwa droga!" -
Rzekł
Sędzia.
Ksiądz
wpadł w powóz stojący u proga,
Tnie
biczem konie, łechce lejcami po bokach;
Furknęła
kałamaszka, ginie w mgły obłokach,
Tylko
kiedy niekiedy kaptur mnicha bury
Wznosi
się nad tumany jako sęp nad chmury.
Woźny
już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi.
Jak
lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi,
Bieży
ku niej, a strzelców zna fortele skryte,
Bieży,
staje, przysiada coraz, wznosi kitę
I
wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,
Pyta
wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli:
Protazy
zeszedł z drogi i wzdłuż sianożęci
Krąży
około domu: pałkę w ręku kręci,
Udaje,
że obaczył kędyś bydło w szkodzie;
Tak
zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie;
Schylił
się, bieży, rzekłbyś, iż derkacza tropi,
Aż
nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.
W tej
zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie,
Koło
domu, jest pewny przytułek zwierzynie
I
ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście
Skacze
skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście,
Bo go
dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni,
Ani
ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.
W
konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka
Lub
pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka.
I
nawet często zbiegli od rekruta chłopi,
Gdy ich
rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.
I
stąd w czasie bitew, zajazdów, tradowań
Obie
strony nie szczędzą wielkich usiłowań,
Ażeby
stanowisko zająć konopiane,
Które
z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,
A z
tyłu, pospolicie stykając się z chmielem,
Kryje
atak i odwrót przed nieprzyjacielem.
Protazy,
choć człek śmiały, uczuł nieco strachu,
Bo
przypomniał z samego rośliny zapachu
Różne
swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki,
Jedne
po drugich, biorąc konopie na świadki:
Jako
raz zapozwany szlachcic z Telsz,
Dzindolet,
Rozkazał
mu, oparłszy o piersi pistolet,
Wleźć
pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać,
Że
Woźny musiał co tchu w konopie uciekać.
Jak
później Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,
Co
rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,
Przyjąwszy
urzędowy pozew, zdarł na sztuki
I
postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,
Sam
nad Woźnego głową trzymał goły rapier,
Krzycząc:
"Albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!"
Woźny
niby jeść zaczął, jak człowiek roztropny,
Aż
skradłszy się do okna, wpadł w ogród konopny.
Wprawdzie
już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem
Opędzać
się od pozwów szablą lub nahajem
I
ledwie woźny czasem usłyszał łajanie,
Ale
Protazy o tej obyczajów zmianie
Wiedzieć
nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał.
Choć
zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,
Sędzia
dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,
Odmawiał
jego prośbom; dziś przyjął ofiarę
Dla
naglącej potrzeby.
Woźny
patrzy, czuwa -
Cicho
wszędzie - w konopie z wolna ręce wsuwa
I
rozchylając gęstwę badylów, w jarzynie
Jako
rybak pod wodą nurkujący płynie;
Wzniósł
głowę - cicho wszędzie - do okien się skrada -
Cicho
wszędzie - przez okna głąb pałacu bada -
Pusto
wszędzie. - Na ganek wchodzi nie bez strachu,
Odmyka
klamkę - pusto jak w zaklętym gmachu;
Dobywa
pozew, czyta głośno oświadczenie.
A
wtem usłyszał tarkot, uczuł serca drżenie,
Chciał
uciec, gdy ode drzwi zaszła mu osoba -
Szczęściem
znajoma! Robak! Zdziwili się oba.
Widno,
że Hrabia kędyś ruszył z całym dworem
I
bardzo spieszył, bo drzwi zostawił otworem.
Widać,
że się uzbrajał; leżały dwórurki
I sztucce na podłodze, dalej sztenfle,
kurki
I
narzędzia ślusarskie, któremi rynsztunki
Poprawiano;
proch, papier: robiono ładunki.
Czy
Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy?
Ale
po coż broń ręczna? Tu szabla bez głowy
Zardzewiała,
tam leży szpada bez temlaku:
Zapewne
wybierano oręż z tego braku
I
poruszono nawet stare broni składy.
Robak
obejrzał pilnie rusznice i szpady,
A
potem do folwarku wybrał się na zwiady,
Szukając
sług, żeby się rozpytać o Hrabię;
W
pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie,
Od
których słyszy, że pan i dworska drużyna
Ruszyli
tłumnie, zbrojnie - drogą do Dobrzyna.
Słynie
szeroko w Litwie Dobrzyński zaścianek
Męstwem
swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.
Niegdyś
możny i ludny; bo gdy król Jan Trzeci
Obwołał
pospolite ruszenie przez wici,
Chorąży
województwa z samego Dobrzyna
Przywiódł
mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina
Zmniejszona,
zubożała; dawniej w pańskich dworach
Lub
wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,
Zwykli
byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.
Teraz
zmuszeni sami pracować na siebie
Jako
zaciężne chłopstwo! Tylko że siermięgi
Nie
noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,
A w
niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek
Najuboższych
różni się od chłopskich katanek:
Zwykle
chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
Bydło
pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
I żną
zboże, a nawet przędą - w rękawiczkach.
Różnili
się Dobrzyńscy między Litwą bracią
Językiem
swoim tudzież wzrostem i postacią.
Czysta
krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,
Wysokie
czoła, czarne oczy, orle nosy;
Z
Dobrzyńskiej Ziemi ród swój starożytny wiedli.
A
choć od lat czterystu na Litwie osiedli,
Zachowali
mazurską mowę i zwyczaje.
Jeźli który z nich dziecku imię na chrzcie
daje,
Zawsze
zwykł za patrona brać Koronijasza:
Świętego
Bartłomieja albo Matyjasza.
Tak
syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,
A
znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;
Kobiety
wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.
By
rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,
Brali
różne przydomki, od jakiej zalety
Lub
wady, tak mężczyźni, jako i kobiety.
Mężczyznom
czasem kilka dawano przydomków
Na
znak pogardy albo szacunku spółziomków;
Czasem
jedenże szlachcic inaczej w Dobrzynie,
A pod
innym nazwiskiem u sąsiadów słynie.
Dobrzyńskich
naśladując, inna szlachta bliska
Brała
również przydomki, zwane i m i o n i s k a.
Teraz
ich każda prawie używa rodzina,
A
rzadki wie, iż mają początek z Dobrzyna;
I
były tam potrzebne, kiedy w reszcie kraju
Głupim
naśladownictwem weszły do zwyczaju.
Więc Matyjasz Dobrzyński, który stał na czele
Całej
rodziny, zwan był K u r k i
e m n a k o ś c i e l e.
Potem
z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem
Odmieniwszy
przydomek, ochrzcił się Z a b o k i e m;
Toż K
r ó 1 i k i e m Dobrzyńscy mianują go sami,
A Litwini
nazwali M a ć k i e m n a d M a ć k a m i.
Jak
on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołem
Panował,
stojąc między karczmą i kościołem.
Widać
rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,
Bo
brama sterczy bez wrot, ogrody bez płota,
Nie
zasiane, na grzędach już porosły brzozki;
Przecież
ten folwark zdał się być stolicą wioski,
Iż
kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,
I
prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.
Obok
lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie,
Wszystko
w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie.
Wszystko
nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachy
Świeciły
się, jak gdyby od zielonej blachy,
Od
mchu i trawy, która buja jak na łące.
Po
strzechach gumien - niby ogrody wiszące
Różnych
roślin: pokrzywa i krokos czerwony,
Żółta
dziewanna, szczyru barwiste ogony,
Gniazda
ptastwa różnego, w strychach gołębniki,
W
oknach gniazda jaskółcze, u progu króliki
Białe
skaczą i ryją w niedeptanej darni.
Słowem,
dwór na kształt klatki albo królikarni.
A
dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladów,
Że
wielkich i że częstych doznawał napadów.
Pod
bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa
Wielka,
leżała kula żelazna działowa
Od
czasów szwedzkich; niegdyś skrzydło wrót otwarte
Bywało
o tę kulę jak o głaz oparte.
Na
dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastu
Wznoszą
się stare szczęty krzyżów kilkunastu
Na
ziemi nieświęconej; znak, że tu chowano
Poległych
śmiercią nagłą i niespodziewaną.
Kto
by uważał z bliska lamus, spichrz i chatę,
Ujrzy
ściany od ziemi do szczytu pstrokate
Niby
rojem owadów czarnych; w każdej plamie
Siedzi
we środku kula jak trzmiel w ziemnej jamie.
U
drzwi domostwa wszystkie klamki, ćwieki, haki,
Albo
ucięte, albo noszą szabel znaki:
Pewnie
tu probowano hartu zygmuntówek,
Któremi można śmiało ćwieki obciąć z główek
Lub
hak przerżnąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.
Nade
drzwiami Dobrzyńskich widne były herby;
Lecz
armaturę - serów zasłoniły pułki
I
zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.
Wewnątrz
samego domu, w stajni i wozowni,
Pełno
znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni.
Pod
dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,
Ozdoby
czół marsowych: dziś Wenery ptaki,
Gołębie,
w nich gruchając karmią swe pisklęta.
W
stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta
I
pierścieniasty pancerz służą za drabinę,
W
którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.
W
kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna
Odhartowała,
kładąc je w piec zamiast rożna;
Buńczukiem,
łupem z Wiednia, otrzepywa żarna:
Słowem,
wygnała Marsa Ceres gospodarna
I
panuje z Pomoną, Florą i Wertumnem
Nad
Dobrzyńskiego domem, stodołą i gumnem.
Ale
dziś muszą znowu ustąpić boginie:
Mars
powraca.
O
świcie zjawił się w Dobrzynie
Konny
posłaniec; biega od chaty do chaty,
Budzi
jak na pańszczyznę; wstają szlachta braty,
Napełniają
się ciżbą zaścianku ulice,
Słychać
krzyk w karczmie, widać w plebaniji świéce;
Biegą; jeden drugiego pyta, co to znaczy,
Starzy
składają radę, młódź konie kulbaczy,
Kobiety
zatrzymują, chłopcy się szamocą,
Rwą
się biec, bić się, ale nie wiedzą, z kim, o co?
Muszą
chcąc nie chcąc zostać. W mieszkaniu plebana
Trwa
rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,
Aż
nie mogąc zdań zgodzić, na koniec stanowi
Przełożyć
całą sprawę ojcu Maciejowi.
Siedemdziesiąt
dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski,
Niskiego
wzrostu, dawny konfederat barski.
Pamiętają
i swoi, i nieprzyjaciele
Jego damaskowaną krzywą karabelę,
Którą
piki i sztyki rzezał na kształt sieczki
I
której żartem skromne dał imię R ó z e c z k i.
Z
konfederata stał się stronnikiem królewskim
I
trzymał z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;
Lecz
gdy król w Targowicy przyjął uczestnictwo,
Maciej
opuścił znowu królewskie stronnictwo,
I
stąd to, że przechodził partyi tak wiele,
Nazywany
był dawniej K u r k i e m n a k o ś c i e l e,
Że
jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.
Przyczynę
zmian tak częstych na próżno byś macał:
Może Maciej
zbyt wojnę lubił; zwyciężony
W
jednej stronie, znów bitwy szukał z drugiej strony?
Może,
bystry polityk, duch czasu zbadywał
I tam
szedł, gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?
Kto
wie! To pewna, że go nigdy nie uwiodły
Ani
chęć osobistej chwały, ni zysk podły,
I że
nigdy z moskiewską partyją nie trzymał;
Na
sam widok Moskala pienił się i zżymał.
By
nie spotkać Moskala, po kraju zaborze
Siedział
w domu, jak niedźwiedź, gdy ssie łapę w borze.
Ostatni
raz wojował, poszedłszy z Ogińskim
Do
Wilna, gdzie służyli oba pod Jasińskim.
I tam
z Rózeczką cudów dokazał odwagi.
Wiadomo,
że sam jeden skoczył z wałów Pragi
Bronić
pana Pocieja, który, odbieżany
Na
placu boju, dostał dwadzieścia trzy rany.
Myślano
długo w Litwie, że obu zabito;
Wrócili
oba, każdy pokłuty jak sito.
Pan
Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnie
Obrońcę
Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie,
Dawał
mu folwark pięciu dymów w dożywocie
I
wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.
Lecz
Dobrzyński odpisał: "Niech Pociej Macieja,
A nie
Maciej Pocieja ma za dobrodzieja".
Odmówił
więc folwarku i nie przyjął płacy;
Sam
wróciwszy do domu, żył z własnej rąk pracy,
Sprawując
ule dla pszczół, lekarstwa dla bydła,
Szląc na targ kuropatwy, które łowił w
sidła,
I
polując na zwierza.
Było
dość w Dobrzynie
Starych
ludzi roztropnych, którzy po łacinie
Umieli
i w palestrze ćwiczyli się z młodu;
Było
dość majętniejszych; a z całego rodu
Maciek,
prostak ubogi, był najwięcej czczony,
Nie
tylko jako rębacz Rózeczką wsławiony,
Lecz
jako człek mądrego i pewnego zdania,
Znający
dzieje kraju, rodziny podania,
Zarówno
świadom prawa, jak i gospodarstwa.
Wiedział
także sekreta strzelców i lekarstwa,
Przyznawano
mu nawet (czemu pleban przeczy)
Wiadomość
nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.
To
pewna, że powietrza zmiany zna dokładnie
I
częściej niż kalendarz gospodarski zgadnie.
Nie
dziw tedy, że czy to siejbę rozpoczynać,
Czy
wiciny wyprawiać, czy zboże zażynać,
Czy
procesować, czyli zawierać układy,
Nie
działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.
Wpływu
takiego starzec bynajmniej nie szukał,
Owszem,
chciał się go pozbyć, klijentów swych fukał
I
najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu,
Rady
rzadko udzielał i nie lada komu,
Ledwie
w niezmiernie ważnych sporach lub umowach
Pytany
wyrzekł zdanie, i w niewielu słowach.
Myślano,
że dzisiejszej podejmie się sprawy
I
stanie swą osobą na czele wyprawy;
Bo
bijatykę lubił niezmiernie za młodu
I był
nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.
Właśnie
staruszek chodził po samotnym dworze,
Nucąc
piosenkę: "Kiedy ranne wstają zorze",
Rad, że
się wypogadza; mgła nie szła do góry,
Jak
się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,
Ale
coraz spadała; wiatr rozwinął dłonie
I
mgłę muskał, wygładzał, rozściełał na błonie;
Tymczasem
słonko z góry tysiącem promieni
Tło
przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.
Jak
para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia:
Dziewica,
siedząc w dole, krośny ujedwabia
I tło
ręką wygładza, tymczasem tkacz z góry
Zrzuca
jej nitki srebra, złota i purpury,
Tworząc
barwy i kwiaty - tak dziś ziemię całą
Wiatr
tumanami osnuł, a słońce dzierżgało.
Maciej
ogrzał się słońcem, zakończył pacierze
I już
się do swojego gospodarstwa bierze.
Wyniósł
traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął:
Na
ten świst rój królików spod ziemi wytrysnął.
Jako
narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,
Bielą
się długie słuchy; pod nimi jaskrawe
Przeświecają
się oczki jak krwawe rubiny
Gęsto
wszyte w aksamit zielonej darniny.
Już
króliki na łapkach stoją, każdy słucha,
Patrzy,
na koniec cała trzódka białopucha
Bieży
do starca, liśćmi kapusty znęcona,
Do
nóg mu, na kolana skacze, na ramiona;
On,
sam biały jak królik, lubi ich gromadzić
Wkoło
siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,
A
drugą ręką z czapki proso w trawę miota
Dla wróblów; spada z dachów krzykliwa hołota.
Gdy
się staruszek bawił widokiem biesiady,
Nagle
króliki znikły w ziemi, a gromady
Wróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi,
Którzy
szli do folwarku krokami prędkiémi.
Byli
to z plebaniji przez szlachty gromadę
Posłowie
wyprawieni do Maćka po radę.
Z
dala witając starca niskiemi ukłony,
Rzekli:
"Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony".
"Na
wieki wieków, amen" - starzec odpowiedział,
A gdy
się o ważności poselstwa dowiedział,
Prosi
do chaty; weszli, zasiadają ławę,
Pierwszy
z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.
Tymczasem
szlachty coraz gęściej przybywało.
Dobrzyńscy
prawie wszyscy; sąsiadów niemało
Z
okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,
W
kałamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni,
Stawią
wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,
Ciekawi
skutku narad koło domu krążą:
Już
izbę napełnili, kupią się do sieni;
Inni
słuchają, w okna głowami wciśnieni.