Hrabia
wracał do siebie, lecz konia wstrzymywał,
Głową
coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał;
I raz
mu się zdawało, że znowu z okienka
Błysnęła
tajemnicza bieluchna sukienka
I coś
lekkiego znowu upadło z wysoka,
I
przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka,
Pomiędzy
zielonymi świeciło ogórki:
Jako
promień słoneczny, wykradłszy się z chmurki,
Kiedy
śród roli padnie na krzemienia skibę
Lub
śród zielonej łąki w drobną wody szybę.
Hrabia
zsiadł z konia, sługi odprawił do domu,
A sam
ku ogrodowi ruszył po kryjomu;
Dobiegł
wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory
I
wcisnął się po cichu jak wilk do obory;
Nieszczęściem,
trącił krzaki suchego agrestu.
Ogrodniczka,
jak gdyby zlękła się szelestu,
Oglądała
się wkoło, lecz nic nie spostrzegła;
Przecież
ku drugiej stronie ogrodu pobiegła.
A
Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie,
Między
liście łopuchu, na rękach, po trawie,
Skacząc
jak żaba, cicho, przyczołgał się blisko,
Wytknął
głowę - i ujrzał cudne widowisko.
W tej
części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,
Śród
nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie:
Pszenica,
kukuruza, bob, jęczmień wąsaty,
Proso,
groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.
Domowemu
to ptastwu taki ochmistrzyni
Wymyśliła
ogródek: sławna gospodyni.
Zwała
się Kokosznicka, z domu Jendykowi-
czówna; jej wynalazek epokę stanowi
W
domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany,
Lecz
w owych czasach jeszcze za nowość podany,
Przyjęty
pod sekretem od niewielu osób,
Nim
go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób
Na
jastrzębie i kanie, albo nowy środek
Wychowywania
drobiu - był to ów ogrodek.
Jakoż
zaledwie kogut, co odprawia warty,
Stanie
i nieruchomie dzierżąc dziob zadarty,
I
głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem,
Aby
tym łacniej w niebo mógł celować okiem,
Dostrzeże
wiszącego jastrzębia śród chmury,
Krzyknie
- zaraz w ten ogród chowają się kury,
Nawet
gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu
Gołębie,
gdy nie mogą schronić się na dachu.
Teraz
w niebie żadnego nie widziano wroga,
Tylko
skwarzyła słońca letniego pożoga,
Od
niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku;
Tamte
leżą w murawie, te kąpią się w piasku.
Śród ptaszych głów sterczały główki
ludzkie małe,
Odkryte;
włosy na nich krótkie, jak len białe;
Szyje
nagie do ramion; a pomiędzy niemi
Dziewczyna
głową wyższa, z włosami dłuższemi;
Tuż
za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze
Szeroko
rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę,
Na
której główki białe, jak na tle obrazku,
Rzucone
w ciemny błękit, nabierały blasku,
Obrysowane
wkoło kręgiem pawich oczu
Jak
wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu,
Pomiędzy
kukuruzy złocistymi laski
I
angielską trawicą posrebrzaną w paski,
I
szczyrem koralowym, i zielonym ślazem,
Których
kształty i barwy mieszały się razem
Niby
krata ze srebra i złota pleciona,
A
powiewna od wiatru jak lekka zasłona.
Nad
gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów
Wisiała
jak baldakim jasna mgła motylów
Zwanych
babkami, których poczwórne skrzydełka,
Lekkie
jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka,
Gdy w
powietrzu zawisną, zaledwo widome,
I
chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome.
Dziewczyna
powiewała podniesioną w ręku
Szarą
kitką, podobną do piór strusich pęku;
Nią
zdała się oganiać główki niemowlęce
Od
złotego motylów deszczu. W drugiej ręce
Coś u
niej rogatego, złocistego świeci,
Zdaje
się, że naczynie do karmienia dzieci,
Bo je
zbliżała dzieciom do ust po kolei,
Miało
zaś kształt złotego rogu Amaltei.
Tak
zatrudniona, przecież obracała głowę
Na
pamiętne szelestem krzaki agrestowe,
Nie
wiedząc, że napastnik już z przeciwnej strony
Zbliżył
się, czołgając się jak wąż przez zagony;
Aż
wyskoczył z łopucha. Spójrzała - stał blisko,
O
cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko.
Już
głowę odwróciła i wzniosła ramiona,
I
zrywała się lecieć jak kraska spłoszona,
I już
lekkie jej stopy wionęły nad liściem,
Kiedy
dzieci, przelękłe podróżnego wniściem
I
ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie;
Posłyszała,
uczuła, że jest nieroztropnie
Dziatwę
małą, przelękłą i samą porzucić:
Wracała
wstrzymując się, lecz musiała wrócić,
Jak
niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem;
Przybiegła
z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem,
Siadła
przy niem na ziemi, wzięła je na łono,
Drugie
głaskała ręką i mową pieszczoną;
Aż
się uspokoiły, objąwszy w rączęta
Jej
kolana i tuląc główki jak pisklęta
Pod
skrzydło matki. Ona rzekła: "Czy to pięknie
Tak
krzyczeć? czy to grzecznie? Ten pan was się zlęknie.
Ten
pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny.
To
gość, dobry pan, patrzcie tylko, jaki ładny".
Sama spójrzała: Hrabia uśmiechnął się mile
I
widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle;
Postrzegła
się, umilkła, oczy opuściła
I
jako róży pączek cała się spłoniła.
W
istocie był to piękny pan: słusznej urody,
Twarz
miał pociągłą, blade, lecz świeże jagody,
Oczy
modre, łagodne, włos długi, białawy;
Na
włosach listki ziela i kosmyki trawy,
Które
Hrabia oberwał pełznąc przez zagony,
Zieleniły
się jako wieniec rozpleciony.
"O
ty! - rzekł - jakimkolwiek uczczę cię imieniem,
Bóstwem
jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem!
Mów! własna-li cię wola na ziemię sprowadza,
Obca-li
więzi ciebie na padole władza?
Ach,
domyślam się - pewnie wzgardzony miłośnik,
Jaki
pan możny albo opiekun zazdrośnik
W tym
cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże!
Godna,
by o cię bronią walczyli rycerze,
Byś
została romansów heroiną smutnych!
Odkryj
mi, Piękna, tajnie twych losów okrutnych!
Znajdziesz
wybawiciela - odtąd twem skinieniem,
Jak
rządzisz sercem mojem, tak rządź mym ramieniem".
Wyciągnął
ramię.
Ona z
rumieńcem dziewiczym,
Ale z
rozweselonym słuchała obliczem.
Jak
dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe
I w
liczmanach błyszczących znajduje zabawę,
Nim
rozezna ich wartość, tak się słuch jej pieści
Z dźwięcznemi słowy, których nie pojęła treści.
Na
koniec zapytała: "Skąd tu Pan przychodzi?
I
czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj?"
Hrabia
oczy roztworzył, zmieszany, zdziwiony,
Milczał,
wreszcie, zniżając swej rozmowy tony:
"Przepraszam
- rzekł - Panienko! Widzę, żem pomieszał
Zabawy!
Ach, przepraszam, jam właśnie pośpieszał
Na
śniadanie; już późno, chciałem na czas zdążyć;
Panienka
wie, że drogą trzeba wkoło krążyć,
Przez
ogród, zdaje mi się, jest do dworu prościéj".
Dziewczyna
rzekła: "Tędy droga Jegomości;
Tylko
grząd psuć nie trzeba; tam między murawą
Ścieżka".
- "W lewo - zapytał Hrabia - czy na prawo?"
Ogrodniczka,
podniosłszy błękitne oczęta,
Zdawała
się go badać, ciekawością zdjęta:
Bo
dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni,
A
Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj
Chciał
koniecznie coś mówić i szukał powodu
Rozmowy.
"Panna
mieszka tu? blisko ogrodu?
Czy
na wsi? Jak to było, żem Panny we dworze
Nie
widział? Czy niedawno tu? przyjezdna może?"
Dziewczę
wstrząsnęło głową. - "Przepraszam, Panienko,
Czy
nie tam pokoj Panny, gdzie owe okienko?"
Myślił zaś w duchu: Jeśli
nie jest heroiną
Romansów,
jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną.
Zbyt
często wielka dusza, myśl wielka ukryta
W
samotności, jak róża śród lasów rozkwita;
Dosyć
ją wynieść na świat, postawić przed słońcem,
Aby
widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem!
Ogrodniczka
tymczasem powstała w milczeniu,
Podniosła
jedno dziecię źwisłe na ramieniu,
Drugie
wzięła za rękę, a kilkoro przodem
Zaganiając
jak gąski, szła dalej ogrodem.
Odwróciwszy
się rzekła: "Czy też Pan nie może
Rozbiegłe moje ptastwo
wpędzić nazad w zboże?"
"Ja
ptastwo pędzać?" - krzyknął
Hrabia z zadziwieniem.
Ona
tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem.
Chwilę
jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje
Przeświecało
coś na wskróś, jakby oczu dwoje.
Samotny
Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie;
Dusza
jego, jak ziemia po słońca zachodzie,
Ostygała
powoli, barwy brała ciemne;
Zaczął
marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne.
Zbudził
się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał;
Niestety,
mało znalazł! nadto się spodziewał!
Bo
gdy zagonem pełznął ku owej pasterce,
Paliło
mu się w głowie, skakało w nim serce;
Tyle
wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał,
W
tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał!
Wszystko
znalazł inaczej. Prawda, że twarz ładną,
Kibić
miała wysmukłą, ale jak nieskładną!
A owa
pulchność liców i rumieńca żywość,
Malująca
zbyteczną, prostacką szczęśliwość!
Znak,
że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne.
I owe
odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne!
"Po
cóż się łudzić? - krzyknął - zgaduję po czasie!
Moja
nimfa tajemna pono gęsi pasie!"
Z
nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze
Zmieniło
się: te wstęgi, te kraty urocze,
Złote,
srebrne, niestety! więc to była słoma?
Hrabia
z załamanemi poglądał rękoma
Na
snopek uwiązanej trawami mietlicy,
Którą
brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy.
Nie
zapomniał naczynia: złocista konewka,
Ów różek Amaltei, była to marchewka!
Widział
ją w ustach dziecka pożeraną chciwie:
Więc
było po uroku! po czarach! po
dziwie!
Tak
chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,
Wabiące
dłoń miękkiemi, lekkiemi
bławaty,
Chce
je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem
Cały
kwiat na powietrzu rozleci się puchem,
A w
ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy
Nagą
łodygę szarozielonawej trawy.
Hrabia
wcisnął na oczy kapelusz i wracał
Tamtędy,
kędy przyszedł, ale drogę skracał,
Stąpając
po jarzynach, kwiatach i agreście,
Aż
przeskoczywszy parkan, odetchnął nareście!
Przypomniał,
że dziewczynie mówił o śniadaniu;
Może
już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu;
W
ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?
Postrzegli,
że uciekał? Kto wie, co pomyślą?
Więc wypadało
wrócić.
Chyląc
się u płotów,
Około
miedz i zielska, po tysiącach zwrotów
Rad
był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec,
Który
prosto prowadził na dworski dziedziniec.
Szedł
przy płocie, a głowę odwracał od sadu,
Jak
złodziej od śpichlerza, aby nie dać śladu,
Że go
myśli nawiedzić albo już nawiedził.
Tak
Hrabia był ostróżny, choć go nikt nie śledził;
Patrzył
w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.
Był
gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą;
Po
jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych,
Pod
namiotem obwisłych gałęzi majowych,
Snuło
się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,
Niby
tańce, i dziwny ubior: istne
duchy
Błądzące
po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,
Ci w
długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych;
Tamten
pod kapeluszem jak obręcz szerokim,
Ten z
gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem
Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,
Ciągnące
się za głową jak komet ogony.
Każdy
w innej postawie: ten przyrósł do ziemi,
Tylko
oczyma kręci na dół spuszczonemi;
Ów
patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy
Jak
po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;
Wszyscy
zaś ciągle w różne schylają się strony
Aż do
ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.
Jeżeli
się przybliżą albo się spotkają,
Ani
mówią do siebie, ani się witają,
Głęboko
zadumani, w sobie pogrążeni.
Hrabia
widział w nich obraz elizejskich cieni,
Które
chociaż boleściom, troskom niedostępne,
Błąkają
się spokojne, ciche, lecz posępne.
Któż
by zgadnął, że owi, tak mało ruchomi,
Owi
milczący ludzie - są nasi znajomi?
Sędziowscy
towarzysze! z hucznego śniadania
Wyszli
na uroczysty obrzęd grzybobrania.
Jako
ludzie rozsądni, umieją miarkować
Mowy
i ruchy swoje, aby je stosować
W
każdej okoliczności do miejsca i czasu.
Dlatego,
nim ruszyli za Sędzią do lasu,
Wzięli
postawy tudzież ubiory odmienne:
Służące
do przechadzki opończe płócienne,
Którymi
osłaniają po wierzchu kontusze,
A na
głowy słomiane wdziali kapelusze,
Stąd
biali wyglądają jak czyscowe dusze.
Młodzież
także przebrana, oprocz Telimeny
I
kilku po francusku chodzących.
Tej sceny
Hrabia
nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju,
Więc
zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju.
Grzybów
było w bród: chłopcy biorą krasnolice,
Tyle
w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,
Co są
godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,
I
dziwna; żaden owad na nich nie usiada.
Panienki
za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,
Którego
pieśń nazywa grzybów półkownikiem.
Wszyscy
dybią na r
y d z a; ten wzrostem skromniejszy
I
mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
Czy
świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r
y.
Inne
pospólstwo grzybów pogardzone w braku
Dla
szkodliwości albo niedobrego smaku,
Lecz
nie są bez użytku: one zwierza pasą
I
gniazdem są owadów, i gajów okrasą.
Na
zielonym obrusie łąk jako szeregi
Naczyń
stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,
Niby
czareczki rożnem winem napełnione;
K o ź
l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,
L e j
k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
B i e
1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby
mlekiem nalane filiżanki saskie,
I
kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
P u r c h a w k a, jak pieprzniczka - zaś innych imiona
Znane
tylko w zajęczym lub wilczym języku,
Od
ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.
Ni
wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,
A kto
schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,
Zagniewany,
grzyb złamie albo nogą kopnie;
Tak
szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.
Telimena
ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera.
Roztargniona,
znudzona, dokoła spoziera
Z
głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie
Mówił
o niej, że grzybów szukała na drzewie;
Asesor ją złośliwiej równał do samicy,
Która
miejsca na gniazdo szuka w okolicy.
Jakoż
zdała się szukać samotności, ciszy,
Oddalała
się z wolna od swych towarzyszy
I
szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły,
Ocieniony,
bo drzewa gęściej na nim rosły.
W
środku szarzał się kamień; strumień spod kamienia
Szumiał,
tryskał i zaraz, jakby szukał cienia,
Chował
się między gęste i wysokie zioła,
Które
wodą pojone bujały dokoła;
Tam
ów bystry swawolnik, spowijany w trawy
I
liściem podesłany, bez ruchu, bez wrzawy,
Niewidzialny
i ledwie dosłyszany szepce,
Jako
dziecię krzykliwe złożone w kolebce,
Gdy
matka nad nim zwiąże firanki majowe
I
liścia makowego nasypie pod głowę.
Miejsce
piękne i ciche; tu się często schrania
Telimena,
zowiąc je Ś w i ą t y n i ą d u m a n i a.
Stanąwszy
nad strumieniem, rzuciła na trawnik
Z
ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik,
I
podobna pływaczce, która do kąpieli
Zimnej
schyla się, nim się zanurzyć ośmieli,
Klęknęła
i powoli chyliła się bokiem;
Wreszcie,
jakby porwana koralu potokiem,
Upadła
nań i cała wzdłuż się rozpostarła,
Łokcie
na trawie, skronie na dłoniach oparła,
Z
głową w dół skłonioną; na dole, u głowy,
Błysnął
francuskiej książki papier welinowy;
Nad
alabastrowymi stronicami księgi
Wiły
się czarne pukle i różowe wstęgi.
W
szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu,
W
sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu,
Od
której odbijał się włos z jednego końca,
Z
drugiego czarny trzewik, po bokach błyszcząca
Śnieżną
pończoszką, chustką, białością rąk, lica,
Wydawała
się z dala jak pstra gąsienica,
Gdy
wpełźnie na zielony liść klonu.
Niestety!
Wszystkie
tego obrazu wdzięki i zalety
Darmo
czekały znawców; nikt nie zważał na nie,
Tak
mocno zajmowało wszystkich grzybobranie.
Tadeusz
przecież zważał i w bok strzelał okiem,
I nie
śmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem.
Jak
strzelec, gdy w ruchomej gałęzistej szopie
Usiadłszy
na dwóch kołach podjeżdża na dropie,
Albo
na siewki idąc, przy koniu się kryje,
Strzelbę
złoży na siodle lub pod końską szyję,
Niby
to bronę włóczy, niby jedzie miedzą,
A
coraz się przybliża, kędy ptaki siedzą:
Tak
skradał się Tadeusz.
Sędzia
czaty zmieszał
I
przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał.
Z
wiatrem igrały białe poły szarafana
I
wielka chustka w pasie końcem uwiązana;
Słomiany,
podwiązany kapelusz od ruchu
Nagłego
chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu,
Spadając
to na barki, to znowu na oczy;
W
ręku ogromna laska: tak pan Sędzia kroczy.
Schyliwszy
się i ręce obmywszy w strumieniu,
Usiadł
przed Telimeną na wielkim kamieniu
I
wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową
Trzciny
ogromnej, z taką ozwał się przemową:
"Widzi
Aśćka, od czasu jak tu u nas gości
Tadeuszek, niemało mam niespokojności;
Jestem
bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna
Wszak
to moja na świecie pociecha jedyna,
Przyszły
dziedzic fortunki mojej. Z łaski nieba
Zostawię
mu kęs niezły szlacheckiego chleba;
Już
mu też czas obmyśleć los, postanowienie;
Ale
zważaj no Aśćka moje utrapienie!
Wiesz,
że pan Jacek, brat mój, Tadeusza ociec,
Dziwny
człowiek, zamiarów jego trudno dociec:
Nie
chce wracać do kraju, Bóg wie gdzie się kryje,
Nawet
nie chce synowi oznajmić, że żyje,
A
ciągle nim zarządza. Naprzód w legijony
Chciał
go posyłać; byłem okropnie zmartwiony.
Potem
zgodził się przecie, by w domu pozostał
I
żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał;
Partyję upatrzyłem; nikt z obywateli
Nie
wyrówna z imienia ani z parenteli
Podkomorzemu;
jego starsza córka Anna
Jest
na wydaniu, piękna i posażna panna.
Chciałem
zagaić".
Na to
Telimena zbladła,
Złożyła
książkę, wstała nieco i usiadła.
"Jak
mamę kocham - rzekła - czy to, Panie Bracie,
Jest
w tym sens jaki? Czy wy Boga w sercu macie?
To
myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem,
Jeśli
młodego chłopca zrobisz grykosiejem!
Świat
mu zawiążesz! Wierz mi, kląć was kiedyś będzie!
Zakopać
taki talent w lasach i na grzędzie!
Wierz
mi, ile poznałam, pojętne to dziecię,
Warto,
żeby na wielkim przetarło się świecie;
Dobrze
Brat zrobi, gdy go do stolicy wyśle;
Na
przykład do Warszawy? lub wie Brat, co myślę,
Żeby
do Peterburka? Ja pewnie tej zimy
Pojadę
tam dla sprawy; razem ułożymy,
Co
zrobić z Tadeuszem; znam tam wiele osób,
Mam
wpływy: to najlepszy kreacyi sposób.
Za mą
pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy,
A
kiedy będzie ważnym osobom znajomy,
Dostanie
urząd, order; wtenczas niech porzuci
Służbę,
jeżeli zechce, niech do domu wróci,
Mając
już i znaczenie, i znajomość świata.
I cóż
Brat myśli o tem?"
"Jużci,
w młode lata -
Rzekł
Sędzia - nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć,
Obejrzeć
się na świecie, między ludźmi przetrzeć.
Ja za
młodu niemało świata objechałem:
Byłem
w Piotrkowie, w Dubnie, to za trybunałem
Jadąc
jako palestrant, to własne swe sprawy
Forytując,
jeździłem nawet do Warszawy.
Człek
niemało skorzystał! Chciałbym i synowca
Wysłać
pomiędzy ludzie, prosto jak wędrowca,
Jak
czeladnika, który terminuje lata,
Ażeby
nabył trochę znajomości świata.
Nie
dla rang ni orderów! Proszę uniżenie,
Ranga
moskiewska, order, cóż to za znaczenie?
Któryż
to z dawnych panów, ba, nawet dzisiejszych,
Między
szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych,
Dba o
podobne fraszki? Przecież są w estymie
U
ludzi, bo szanujem w nich ród, dobre imię
Albo
urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem
Obywatelskim,
nie zaś czyimś tam faworem".
Telimena
przerwała: "Jeśli Brat tak myśli,
Tem lepiej, więc go jako wojażera
wyślij".
"Widzi
Siostra - rzekł Sędzia, skrobiąc smutnie głowę -
Chciałbym
bardzo, cóż, kiedy mam trudności nowe!
Pan
Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna
I
przysłał mi tu właśnie na kark bernardyna
Robaka,
który przybył z tamtej strony Wisły;
Przyjaciel
brata, wszystkie wie jego zamysły;
A
więc o Tadeusza już wyrzekli losie
I
chcą, by się ożenił, aby pojął Zosię,
Wychowankę
Wać Pani; oboje dostaną,
Oprocz fortunki mojej, z łaski Jacka wiano
W
kapitałach; wiesz Aśćka, że ma kapitały,
I z
łaski jego mam też fundusz prawie cały,
Ma więc prawo rozrządzać. - Aśćka pomyśl o tem,
Żeby
się to zrobiło z najmniejszym kłopotem.
Trzeba
ich z sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi,
Szczególnie
Zosia mała, lecz to nic nie szkodzi;
Czas
by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia,
Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia".
Telimena,
zdziwiona i prawie wylękła,
Podnosiła
się coraz, na szalu uklękła;
Zrazu
słuchała pilnie, potem dłoni ruchem
Przeczyła,
ręką żwawo wstrząsając nad uchem,
Odpędzając
jak owad nieprzyjemne słowa
Na
powrót w usta mówcy.
"A!
a! to rzecz nowa!
Czy
to Tadeuszowi szkodzi, czy nie szkodzi -
Rzekła
z gniewem - sądź o tem sam Wać Pan Dobrodziéj!
Mnie
nic do Tadeusza; sami o nim radźcie,
Zróbcie
go ekonomem lub w karczmie posadźcie,
Niech
szynkuje lub z lasu niech źwierzynę
znosi;
Z nim
sobie, co zechcecie, zróbcie; lecz do Zosi?
Co
Wać Państwu do Zosi? Ja jej ręką rządzę,
Ja
sama! Że pan Jacek dawał był pieniądze
Na
wychowanie Zosi i że jej wyznaczył
Małą
pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył,
Toć
jej jeszcze nie kupił. Zresztą Państwo wiecie,
I
dotąd jeszcze o tem wiadomo na świecie,
Że
hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu...
Winni
coś Soplicowie dla Horeszków rodu".
(Tej
części mowy Sędzia słuchał z niepojętem
Pomieszaniem,
żałością i widocznym wstrętem;
Jakby
lękał się reszty mowy, głowę skłonił
I
ręką potakując, mocno się zapłonił).
Telimena
kończyła: "Byłam jej piastunką,
Jestem
krewną, jedyną Zosi opiekunką.
Nikt
oprócz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu".
"A
jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu? -
Rzekł
Sędzia wzrok podnosząc. - Jeśli Tadeuszka
Podoba?"
- "Czy podoba? To na wierzbie gruszka;
Podoba, nie podoba, a to mi rzecz ważna!
Zosia
nie będzie, prawda, partyja posażna;
Ale
też nie jest z lada wsi, lada szlachcianka,
Idzie
z Jaśnie Wielmożnych, jest Wojewodzianka,
Rodzi
się z Horeszkówny; małżonka dostanie!
Staraliśmy
się tyle o jej wychowanie!
Chybaby
tu zdziczała".
Sędzia
pilnie słuchał,
Patrząc
w oczy; zdało się, że się udobruchał,
Bo
rzekł dosyć wesoło: "No, to i cóż robić!
Bóg
widzi, szczerze chciałem interesu dobić;
Tylko
bez gniewu; jeśli Aśćka się nie zgodzi,
Aśćka ma prawo; smutno - gniewać się nie godzi;
Radziłem,
bo brat kazał; nikt tu nie przymusza;
Gdy Aśćka rekuzuje pana Tadeusza,
Odpisuję
Jackowi, że nie z mojej winy
Nie
dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny.
Teraz
sam będę radzić; pono z Podkomorzym
Zagaimy
swatostwo i resztę ułożym".
Przez
ten czas Telimena ostygła z zapału:
"Ja
nic nie rekuzuję, Braciszku, pomału!
Sam
mówiłeś, że jeszcze za wcześnie, zbyt młodzi-
Rozpatrzmy
się, czekajmy, nic to nie zaszkodzi,
Poznajmy
z sobą państwa młodych; będziem zważać;
Nie
można szczęścia drugich tak na traf narażać.
Ostrzegam
tylko wcześnie: niech Brat Tadeusza
Nie
namawia, kochać się w Zosi nie przymusza,
Bo
serce nie jest sługa, nie zna, co to pany,
I nie
da się przemocą okuwać w kajdany".
Zaczem
Sędzia, powstawszy, odszedł zamyślony;
Pan
Tadeusz z przeciwnej przybliżył się strony.
Udając,
że szukanie grzybów tam go zwabia;
W
tymże kierunku z wolna posuwa się Hrabia.
Hrabia
podczas Sędziego sporów z Telimeną
Stał
za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną;
Dobył
z kieszeni papier i ołówek, sprzęty,
Które
zawsze miał z sobą, i na pień wygięty
Rozpiąwszy
kartkę, widać, że obraz malował,
Mówiąc
sam z sobą: "Jakbyś umyślnie grupował:
Ten
na głazie, ta w trawie, grupa malownicza!
Głowy
charakterowe! Z kontrastem oblicza".
Podchodził,
wstrzymywał się, lornetkę przecierał,
Oczy
chustką obwiewał i coraz spozierał:
"Miałożby
to cudowne, śliczne widowisko
Zginąć
albo zmienić się, gdy podejdę blisko?
Ten
aksamit traw będzież to mak i botwinie?
W
nimfie tej czyż obaczę jaką ochmistrzynię?"
Choć
Hrabia Telimenę już dawniej widywał
W
domu Sędziego, w którym dosyć często bywał,
Lecz
mało ją uważał; zadziwił się zrazu,
Rozeznając
w niej model swojego obrazu.
Miejsca
piękność, postawy wdzięk i gust ubrania
Zmieniły
ją, zaledwie była do poznania.
W
oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy;
Twarz
ożywiona wiatru świeżemi powiewy,
Sporem
z Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców,
Nabrała
mocnych, żywszych niż zwykle rumieńców.
"Pani
- rzekł Hrabia - racz mej śmiałości darować,
Przychodzę
i przepraszać, i razem dziękować.
Przepraszać,
że jej kroków śledziłem ukradkiem,
I
dziękować, że byłem jej dumania świadkiem;
Tyle
ją obraziłem! Winienem jej tyle!
Przerwałem
chwilę dumań: winienem ci
chwile
Natchnienia!
chwile błogie! potępiaj
człowieka,
Ale
sztukmistrz twojego przebaczenia czeka!
Na wielem się odważył, na więcej odważę!
Sądź!"
- tu ukląkł i podał swoje peizaże.
Telimena
sądziła malowania proby
Tonem
grzecznej, lecz sztukę znającej osoby;
Skąpa
w pochwały, lecz nie szczędziła zachętu:
"Brawo
- rzekła - winszuję, niemało talentu.
Tylko
Pan nie zaniedbuj; szczególniej potrzeba
Szukać
pięknej natury! O, szczęśliwe nieba
Krajów
włoskich! różowe Cezarów ogrody!
Wy,
klasyczne Tyburu spadające wody
I
straszne Pauzylipu skaliste wydroże!
To,
Hrabio, kraj malarzów! U nas, żal się Boże!
Dziecko
muz, w Soplicowie oddane na mamki,
Umrze
pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki
Albo
w album umieszczę do rysunków zbiorku,
Które
zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biorku".
Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach,
Morskich
szumach i wiatrach wonnych, i skał szczytach,
Mieszając
tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem,
Śmiech
i urąganie się nad ojczystym krajem.
A
przecież wokoło nich ciągnęły się lasy
Litewskie!
tak poważne i tak pełne krasy! -
Czeremchy
oplatane dzikich chmielów wieńcem,
Jarzębiny
ze świeżym pasterskim rumieńcem,
Leszczyna
jak menada z zielonemi berły,
Ubranemi, jak w grona, w orzechowe perły;
A
niżej dziatwa lesna: głóg w objęciu kalin,
Ożyna
czarne usta tuląca do malin.
Drzewa
i krzewy liśćmi wzięły się za ręce
Jak
do tańca stające panny i młodzieńce
Wkoło
pary małżonków. Stoi pośród grona
Para,
nad całą leśną gromadą wzniesiona
Wysmukłością
kibici i barwy powabem:
Brzoza
biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
A
dalej, jakby starce na dzieci i wnuki,
Patrzą
siedząc w milczeniu: tu sędziwe buki,
Tam
matrony topole i mchami brodaty
Dąb,
włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,
Wspiera
się, jak na grobów połamanych słupach,
Na
dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.
Pan
Tadeusz kręcił się nudząc niepomału
Długą
rozmową, w której nie mógł brać udziału;
Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje
I
wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje:
Pomarańcze,
cyprysy, oliwki, migdały,
Kaktusy,
aloesy, mahonie, sandały,
Cytryny,
bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi,
Wysławiając
ich kształty, kwiaty i łodygi -
Tadeusz
nie przestawał dąsać się i zżymać,
Na
koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać.
Był
on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia
I
patrząc w las ojczysty rzekł, pełen natchnienia:
"Widziałem
w botanicznym wileńskim ogrodzie
Owe
sławione drzewa rosnące na wschodzie
I na
południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
Któreż równać się może z drzewami naszemi?
Czy
aloes z długiemi jak konduktor pałki?
Czy
cytryna, karlica z złocistemi gałki,
Z
liściem lakierowanym, krótka i pękata
Jako
kobieta mała, brzydka, lecz bogata?
Czy
zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy,
Co
zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?
Mówią,
że bardzo smutnie wygląda na grobie:
Jest
to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,
Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,
Aby
się etykiecie niczem nie sprzeciwić.
Czyż
nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,
Która
jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,
Lub
wdowa męża, ręce załamie, roztoczy
Po
ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
Niema
z żalu, postawą jak wymownie szlocha!
Czemuż
Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,
Nie
maluje drzew naszych, pośród których siedzi?
Prawdziwie,
będą z Pana żartować sąsiedzi,
Że
mieszkając na żyznej litewskiej równinie,
Malujesz
tylko jakieś skały i pustynie".
"Przyjacielu!
- rzekł Hrabia - piękne przyrodzenie
Jest
formą, tłem, materią, a duszą natchnienie,
Które
na wyobraźni unosi się skrzydłach,
Poleruje
się gustem, wspiera na prawidłach.
Nie
dość jest przyrodzenia, nie dosyć zapału,
Sztukmistrz
musi ulecieć w sfery ideału!
Nie
wszystko, co jest piękne, wymalować da się!
Dowiesz
się o tem wszystkim z książek w swoim czasie.
Co
się tycze malarstwa: do obrazu trzeba
Punktów
widzenia, grupy, ansemblu i nieba,
Nieba
włoskiego! Stąd też w kunszcie peizażów
Włochy
były, są, będą, ojczyzną malarzów.
Stąd
też, oprócz Brejgela, lecz nie Van
der Helle,
Ale peizażysty (bo
są dwaj Brejgele),
I
oprócz Ruisdala, na całej północy
Gdzież
był peizażysta który
pierwszej mocy?
Niebios,
niebios potrzeba!"
"Nasz
malarz Orłowski -
Przerwała
Telimena - miał gust Soplicowski.
(Trzeba
wiedzieć, że to jest Sopliców choroba,
Że im
oprócz Ojczyzny nic się nie podoba).
Orłowski,
który życie strawił w Peterburku,
Sławny
malarz (mam jego kilka szkiców w biórku),
Mieszkał
tuż przy Cesarzu, na dworze, jak w raju,
A nie
uwierzy Hrabia, jak tęsknił po kraju!
Lubił
ciągle wspominać swej młodości czasy,
Wysławiał
wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy..."
"I
miał rozum! - zawołał Tadeusz z zapałem. -
Te
Państwa niebo włoskie, jak o niem słyszałem,
Błękitne,
czyste, wszak to jak zamarzła woda!
Czyż
nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?
U nas
dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż
scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo
każda chmura inna: na przykład jesienna
Pełźnie
jak żółw leniwa, ulewą brzemienna
I z
nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi
Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;
Chmura
z gradem jak balon szybko z wiatrem leci,
Krągła,
ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,
Szum
wielki słychać wkoło. Nawet te codzienne,
Patrzcie
Państwo, te białe chmurki, jak odmienne!
Zrazu
jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
A z
tyłu wiatr jak sokoł do kupy
je pędzi;
Ściskają
się, grubieją, rosną, nowe dziwy!
Dostają
krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
Wysuwają
nóg rzędy i po niebios sklepie
Przelatują
jak tabun rumaków po stepie:
Wszystkie
białe jak srebro, zmieszały się - nagle
Z ich
karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,
Tabun
zmienia się w okręt i wspaniale płynie
Cicho,
z wolna, po niebios błękitnej równinie!"
Hrabia
i Telimena poglądali w górę;
Tadeusz
jedną ręką pokazał im chmurę,
A
drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny.
Kilka
już upłynęło minut cichej sceny;
Hrabia
rozłożył papier na swym kapeluszu
I
wydobył ołówek. Wtem przykry dla uszu
Odezwał
się dzwon dworski i zaraz śród lasu
Cichego
pełno było krzyku i hałasu.
Hrabia
kiwnąwszy głową rzekł poważnym tonem:
"Tak
to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem.
Rachunki
myśli wielkiej, plany wyobraźni,
Zabawki
niewinności, uciechy przyjaźni,
Wylania
się serc czułych! - gdy śpiż
z dala ryknie,
Wszystko
miesza się, zrywa, mąci się i niknie!"
Tu
obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie:
"Cóż
zostaje?" - a ona mu rzekła:
"Wspomnienie!"
I
chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,
Podała
mu urwany kwiatek niezabudek.
Hrabia
go ucałował i na pierś przyśpilał;
Tadeusz
z drugiej strony krzak ziela rozchylał,
Widząc,
że się ku niemu tem zielem przewija
Coś
białego: była to rączka jak lilija;
Pochwycił
ją, całował i usty po cichu
Utonął
w niej jak pszczoła w liliji kielichu;
Uczuł
na ustach zimno; znalazł klucz i biały
Papier
w trąbkę zwiniony, był to listek mały;
Porwał,
schował w kieszenie, nie wie, co klucz znaczy,
Lecz
mu to owa biała kartka wytłumaczy.
Dzwon
wciąż dzwonił, i echem z głębi cichych lasów
Odezwało
się tysiąc krzyków i hałasów;
Odgłos
to był szukania i nawoływania,
Hasło
zakończonego na dziś grzybobrania.
Odgłos
nie smutny wcale ani pogrzebowy,
Jak
się Hrabiemu zdało, owszem, obiadowy.
Dzwon
ten, w każde południe krzyczący z poddasza,
Gości
i czeladź domu na obiad zaprasza:
Tak
było w dawnych licznych dworach we zwyczaju
I
zostało się w domu Sędziego.
Więc
z gaju
Wychodziła
gromada niosąca krobeczki,
Koszyki,
uwiązane końcami chusteczki,
Pełne
grzybów; a panny w jednym ręku niosły,
Jako
wachlarz zwiniony, b o r o
w i k rozrosły,
W
drugim związane razem, jakby polne kwiatki,
O p i
e ń k i i rozlicznej barwy s u r
o j a d k i:
Wojski
miał m u c h o m o r a. Z próżnemi
przychodzi
Rękami
Telimena, z nią panicze młodzi.
Goście
weszli w porządku i stanęli kołem.
Podkomorzy
najwyższe brał miejsce za stołem;
Z
wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
Idąc
kłaniał się starcom, damom i młodzieży;
Obok
stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie.
Bernardyn
zmówił krótki pacierz po łacinie,
Podano
w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli
I
chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.
Obiadowano
ciszej, niż się zwykle zdarza;
Nikt
nie gadał pomimo wezwań gospodarza.
Strony
biorące udział w wielkiej o psów zwadzie
Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie;
Myśl
wielka zwykle usta do milczenia zmusza.
Telimena,
mówiąca wciąż do Tadeusza,
Musiała
ku Hrabiemu nieraz się odwrócić,
Nawet
na Asesora nieraz okiem rzucić:
Tak
ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,
I
razem w pastkę wróbla. Tadeusz i Hrabia,
Obadwa radzi z siebie, obadwa
szczęśliwi,
Oba pełni
nadziei, więc nie gadatliwi.
Hrabia
na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie,
A
Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie,
Czy
ów kluczyk nie uciekł; ręką nawet chwytał
I
kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał.
Sędzia
Podkomorzemu węgrzyna, szampana
Dolewał,
służył pilnie, ściskał za kolana,
Ale
do rozmawiania z nim nie miał ochoty
I
widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.
Przemijały
w milczeniu talerze i dania;
Przerwał
nareszcie nudny tok obiadowania
Gość
niespodziany, szybko wpadając - gajowy;
Nie
zważał nawet, że czas właśnie obiadowy,
Podbiegł
do Pana; widać z postawy i z miny,
Że
ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.
Ku
niemu oczy całe zwróciło zebranie;
On,
odetchnąwszy nieco, rzekł: "Niedźwiedź, Mospanie!"
Resztę
wszyscy odgadli: że zwierz z m a t e c z n i k a
Wyszedł,
że w Zaniemeńską Puszczę się przemyka,
Że go
trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali,
Choć
ani się radzili, ani namyślali.
Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów,
Z
gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów,
Które,
wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu,
Dążyły
przecież wszystkie do jednego celu.
"Na
wieś! - zawołał Sędzia - hej! konno,
setnika!
Jutro
na brzask obława, lecz na ochotnika;
Kto
wystąpi z oszczepem, temu z robocizny
Wytrącić
dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny".
"W
skok - krzyknął Podkomorzy - okulbaczyć siwą,
Dobiec
w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo
Dwie pjawki, które w całej
okolicy słyną:
Pies
zowie się Sprawnikiem, a suka
Strapczyną;
Zakneblować
im pyski, zawiązać je w miechu
I
przystawić je tutaj konno dla pośpiechu".
"Wańka!"
- krzyknął na chłopca Asesor po rusku -
Tasak
mój Sanguszowski pociągnąć na brusku,
Wiesz,
tasak, co od Księcia miałem w podarunku;
Pas
opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku".
"Strzelby
- krzyknęli wszyscy - mieć na pogotowiu!"
Asesor wołał ciągle: "Ołowiu, ołowiu!
Formę
do kul mam w torbie". "Do księdza plebana
Dać
znać - dodał pan Sędzia - żeby jutro z rana
Mszę
miał w kaplicy lesnej; króciochna
oferta
Za
myśliwych, msza zwykła świętego Huberta".
Po
wydanych rozkazach nastało milczenie;
Każdy
dumał i rzucał dokoła wejrzenie,
Jak
gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy
Sędziwa
twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy:
Znak
to był, że szukają na przyszłą wyprawę
Wodza
i że Wojskiemu oddają buławę.
Wojski
powstał, zrozumiał towarzyszów wolę
I
uderzywszy ręką poważnie po stole,
Pociągnął
złocistego z zanadrza łańcuszka,
Na
którym wisiał gruby zegarek jak gruszka:
"Jutro
- rzekł - pół do piątej przy lesnej kaplicy
Stawią
się bracia strzelcy, wiara obławnicy".
Rzekł
i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy;
Oni
obmyślić mają i urządzić łowy.
Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą,
Żołnierze
po obozie broń czyszczą i jedzą
Lub
na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu,
A
wodze wśród cichego dumają namiotu.
Przerwał
się obiad, dzień zszedł na kowaniu koni,
Karmieniu
psów, zbieraniu i czyszczeniu broni;
U
wieczerzy zaledwie kto przysiadł do stoła;
Nawet
strona Kusego z partyją Sokoła
Przestała
dawnym wielkim zatrudniać się sporem:
Pobrawszy
się pod ręce Rejent z Asesorem
Wyszukują
ołowiu. Reszta, spracowana,
Szła
spać wcześnie, ażeby przebudzić się z rana.