Litwo!
Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile
cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto
cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę
i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno
Święta, co jasnej bronisz Częstochowy
I w
Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki
ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak
mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany,
martwą podniosłem powiekę
I
zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść
za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak
nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Tymczasem
przenoś moję duszę utęsknioną
Do
tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko
nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do
tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych
pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie
bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie
panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A
wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną,
na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Śród
takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na
pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stał
dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;
Świeciły
się z daleka pobielane ściany,
Tym
bielsze, że odbite od ciemnej zieleni
Topoli,
co go bronią od wiatrów jesieni.
Dóm
mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,
I
stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi
Użątku,
co pod strzechą zmieścić się nie może;
Widać,
że okolica obfita we zboże,
I
widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów
Świecą
gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów
Orzących
wcześnie łany ogromne ugoru,
Czarnoziemne,
zapewne należne do dworu,
Uprawne
dobrze na kształt ogrodowych grządek:
Że w
tym domu dostatek mieszka i porządek.
Brama
na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że
gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.
Właśnie
dwókonną bryką wjechał młody panek
I
obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,
Wysiadł
z powozu; konie porzucone same,
Szczypiąc
trawę ciągnęły powoli pod bramę.
We
dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto
Zaszczepkami
i kołkiem zaszczepki przetknięto.
Podróżny
do folwarku nie biegł sług zapytać;
Odemknął,
wbiegł do domu, pragnął go powitać.
Dawno
domu nie widział, bo w dalekim mieście
Kończył
nauki, końca doczekał nareszcie.
Wbiega
i okiem chciwie ściany starodawne
Ogląda
czule, jako swe znajome dawne.
Też
same widzi sprzęty, też same obicia,
Z
któremi się zabawiać lubił od powicia;
Lecz
mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.
I też
same portrety na ścianach wisiały.
Tu
Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma
Podniesionymi
w niebo, miecz oburącz trzyma;
Takim
był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,
Że
tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów
Albo
sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie
Siedzi
Rejtan żałośny po wolności stracie,
W
ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,
A
przed nim leży Fedon i żywot Katona.
Dalej
Jasiński, młodzian piękny i posępny,
Obok
Korsak, towarzysz jego nieodstępny,
Stoją
na szańcach Pragi, na stosach Moskali,
Siekąc
wrogów, a Praga już się wkoło pali.
Nawet
stary stojący zegar kurantowy
W
drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy
I z
dziecinną radością pociągnął za sznurek,
By
stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.
Biegał
po całym domu i szukał komnaty,
Gdzie
mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.
Wchodzi,
cofnął się, toczył zdumione źrenice
Po
ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?
Któż
by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,
A
ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.
To
nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?
Na
niem noty i książki; wszystko porzucano
Niedbale
i bezładnie; nieporządek miły!
Niestare
były rączki, co je tak rzuciły.
Tuż i
sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta
Do
ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.
A na
oknach donice z pachnącymi ziołki,
Geranium,
lewkonija, astry i fijołki.
Podróżny
stanął w jednym z okien - nowe dziwo:
W
sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,
Był
maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,
Pełen
bukietów trawy angielskiej i mięty.
Drewniany,
drobny, w cyfrę powiązany płotek
Połyskał
się wstążkami jaskrawych stokrotek.
Grządki
widać, że były świeżo polewane;
Tuż
stało wody pełne naczynie blaszane,
Ale
nigdzie nie widać było ogrodniczki;
Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki
Świeżo
trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki
Na
piasku, bez trzewika była i pończoszki;
Na
piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,
Ślad
wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu
Chybkim
był zostawiony nóżkami drobnemi
Od
kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.
Podróżny
długo w oknie stał patrząc, dumając,
Wonnymi
powiewami kwiatów oddychając,
Oblicze
aż na krzaki fijołkowe skłonił,
Oczyma
ciekawymi po drożynach gonił
I
znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,
Myślał
o nich i, czyje były, odgadywał.
Przypadkiem
oczy podniósł, i tuż na parkanie
Stała
młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie
Wysmukłą
postać tylko aż do piersi kryje,
Odsłaniając
ramiona i łabędzią szyję.
W
takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,
W
takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:
Więc
choć świadka nie miała, założyła ręce
Na
piersiach, przydawając zasłony sukience.
Włos
w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe
Pokręcony,
schowany w drobne strączki białe,
Dziwnie
ozdabiał głowę, bo od słońca blasku
Świecił
się, jak korona na świętych obrazku.
Twarzy
nie było widać. Zwrócona na pole
Szukała
kogoś okiem, daleko, na dole;
Ujrzała,
zaśmiała się i klasnęła w dłonie,
Jak
biały ptak zleciała z parkanu na błonie
I
wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,
I po
desce opartej o ścianę komnaty,
Nim
spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,
Nagła,
cicha i lekka jak światłość miesiąca.
Nócąc
chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;
Wtem
ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła
Suknia,
a twarz od strachu i dziwu pobladła.
Twarz
podróżnego barwą spłonęła rumianą
Jak
obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;
Skromny
młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,
Chciał
coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił
I
cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,
Niewyraźnie,
jak dziecko przestraszone we śnie;
Podróżny
zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.
Wyszedł
zmieszany i czuł, że serce mu biło
Głośno,
i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć
To
dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.
Tymczasem
na folwarku nie uszło baczności,
Że
przed ganek zajechał któryś z nowych gości.
Już
konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,
Jako
w porządnym domu, i obrok, i siano;
Bo
Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,
Odsyłać
konie gości Żydom do gospody.
Słudzy
nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,
Aby w
domu Sędziego służono niedbale;
Słudzy
czekają, nim się pan Wojski ubierze,
Który
teraz za domem urządzał wieczerzę.
On
Pana zastępuje i on w niebytności
Pana
zwykł sam przyjmować i zabawiać gości
(Daleki
krewny pański i przyjaciel domu).
Widząc
gościa, na folwark dążył po kryjomu
(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim
pudermanie);
Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne
ubranie
Nagotowane
z rana, bo od rana wiedział,
Że u
wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.
Pan
Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował
I z
krzykiem podróżnego ściskał i całował;
Zaczęła
się ta prędka, zmieszana rozmowa,
W
której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa
Krótkie
i poplątane, w ciąg powieści, pytań,
Wykrzykników
i westchnień, i nowych powitań.
Gdy
się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,
Na
samym końcu dzieje tego dnia powiadał.
"Dobrze,
mój Tadeuszu (bo tak nazywano
Młodzieńca,
który nosił Kościuszkowskie miano
Na
pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),
Dobrze,
mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził
Do
domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.
Stryjaszek
myśli wkrótce sprawić ci wesele;
Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne
Od
kilku dni zbiera się na sądy graniczne
Dla
skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;
I pan
Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;
Podkomorzy
już zjechał z żoną i z córkami.
Młodzież
poszła do lasu bawić się strzelbami,
A
starzy i kobiety żniwo oglądają
Pod
lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.
Pójdziemy,
jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy
Stryjaszka,
Podkomorstwo i szanowne damy".
Pan
Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą
I
jeszcze się do woli nagadać nie mogą.
Słońce
ostatnich kresów nieba dochodziło,
Mniej
silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,
Całe
zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
Gospodarza,
gdy prace skończywszy rolnicze,
Na
spoczynek powraca. Już krąg promienisty
Spuszcza
się na wierzch boru i już pomrok mglisty,
Napełniając
wierzchołki i gałęzie drzewa,
Cały
las wiąże w jedno i jakoby zlewa;
I bór
czernił się na kształt ogromnego gmachu,
Słońce
nad nim czerwone jak pożar na dachu;
Wtem
zapadło do głębi; jeszcze przez konary
Błysnęło
jako świeca przez okienic szpary
I
zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące
We
zbożach i grabliska suwane po łące
Ucichły
i stanęły: tak pan Sędzia każe,
U
niego ze dniem kończą pracę gospodarze.
"Pan
świata wie, jak długo pracować potrzeba;
Słońce,
Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,
Czas
i ziemianinowi ustępować z pola".
Tak
zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola
Była
ekonomowi poczciwemu świętą;
Bo
nawet wozy, w które już składać zaczęto
Kopę
żyta, niepełne jadą do stodoły;
Cieszą
się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.
Właśnie
z lasu wracało towarzystwo całe,
Wesoło,
lecz w porządku; naprzód dzieci małe
Z
dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,
Obok
pan Podkomorzy otoczon rodziną;
Panny
tuż za starszemi, a młodzież na boku;
Panny
szły przed młodzieżą o jakie pół kroku
(Tak
każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał
O
porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,
A
każdy mimowolnie porządku pilnował.
Bo
Sędzia w domu dawne obyczaje chował
I
nigdy nie dozwalał, by chybiano względu
Dla
wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.
"Tym
ładem - mawiał - domy i narody słyną,
Z
jego upadkiem domy i narody giną".
Więc
do porządku wykli domowi i słudzy;
I
przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,
Gdy
Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,
Przejmował
zwyczaj, którym wszystko oddychało.
Krótkie
były Sędziego z synowcem witania:
Dał
mu poważnie rękę do pocałowania
I w
skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;
A
choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,
Widać
było z łez, które wylotem kontusza
Otarł
prędko, jak kochał pana Tadeusza.
W
ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,
I z
łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.
Tu
owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy
I
wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy
Stado
cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;
Tam
konie rżące lecą ze skoszonej łąki;
Wszystko
bieży ku studni, której ramię z drzewa
Raz
wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.
Sędzia,
choć utrudzony, chociaż w gronie gości,
Nie
uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:
Udał
się sam ku studni; najlepiej z wieczora
Gospodarz
widzi, w jakim stanie jest obora;
Dozoru
tego nigdy sługom nie poruczy,
Bo
Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.
Wojski
z woźnym Protazym ze świecami w sieni
Stali
i rozprawiali, nieco poróżnieni,
Bo w
niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu
Kazał
stoły z wieczerzą powynosić z domu
I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,
Którego
widne były pod lasem zwaliska.
Po
cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił
I
przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,
Lecz
stało się; już późno i trudno zaradzić,
Wolał
gości przeprosić i w pustki prowadzić.
Po
drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,
Dlaczego
urządzenie pańskie przeinaczył:
We
dworze żadna izba nie ma obszerności
Dostatecznej
dla tylu, tak szanownych gości;
W
zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,
Sklepienie
całe - wprawdzie pękła jedna ściana,
Okna
bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;
Bliskość
piwnic wygodna służącej czeladzi.
Tak
mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,
Że
miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.
O dwa
tysiące kroków zamek stał za domem,
Okazały
budową, poważny ogromem,
Dziedzictwo
starożytnej rodziny Horeszków;
Dziedzic
zginął był w czasie krajowych zamieszków.
Dobra,
całe zniszczone sekwestrami rządu,
Bezładnością
opieki, wyrokami sądu,
W
cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,
A
resztę rozdzielono między wierzycieli.
Zamku
żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie
Trudno
było wyłożyć koszt na utrzymanie;
Lecz
Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,
Panicz
bogaty, krewny Horeszków daleki,
Przyjechawszy
z wojażu upodobał mury,
Tłumacząc,
że gotyckiej są architektury;
Choć
Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,
Że
architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.
Dość,
że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu
Przyszła
nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.
Zaczęli
proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,
W
senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;
Wreszcie
po wielu kosztach i ukazach licznych
Sprawa
wróciła znowu do sądów granicznych.
Słusznie
Woźny powiadał, że w zamkowej sieni
Zmieści
się i palestra, i goście proszeni.
Sień
wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem
Na
filarach, podłoga wysłana kamieniem,
Ściany
bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;
Sterczały
wkoło sarnie i jelenie rogi
Z
napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;
Tuż
myśliwców herbowne klejnoty wyryte
I
stoi wypisany każdy po imieniu;
Herb
Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.
Goście
weszli w porządku i stanęli kołem;
Podkomorzy
najwyższe brał miejsce za stołem;
Z
wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
Idąc
kłaniał się damom, starcom i młodzieży.
Przy
nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,
Bernardyn
zmówił krótki pacierz po łacinie.
Mężczyznom
dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli
I
chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.
Pan
Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa
Wysoko
siadł przy damach obok Jegomościa;
Między
nim i stryjaszkiem jedno pozostało
Puste
miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.
Stryj
nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,
Jakby
czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.
I
Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,
I z
nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.
Dziwna
rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,
Na
które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,
Wszystkie
zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;
Tadeusz
tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.
To miejsce
jest zagadką, młódź lubi zagadki;
Roztargniony,
do swojej nadobnej sąsiadki
Ledwie
słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;
Nie
zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,
I
panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,
Z
których by wychowanie poznano stołeczne;
To
jedno puste miejsce nęci go i mami...
Już
nie puste, bo on je napełnił myślami.
Po
tem miejscu biegało domysłów tysiące,
Jako
po deszczu żabki po samotnej łące;
Śród
nich jedna króluje postać, jak w pogodę
Lilia
jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.
Dano
trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,
Wlawszy
kropelkę wina w szklankę panny Róży,
A
młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,
Rzekł:
"Muszę ja wam służyć, moje panny córki,
Choć
stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło
Kilku
młodych od stołu i pannom służyło.
Sędzia,
z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza
I
poprawiwszy nieco wylotów kontusza,
Nalał
węgrzyna i rzekł:
"Dziś,
nowym zwyczajem,
My na
naukę młodzież do stolicy dajem
I nie
przeczym, że nasi synowie i wnuki
Mają
od starych więcej książkowej nauki;
Ale
co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,
Że
nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.
Dawniej
na dwory pańskie jachał szlachcic młody,
Ja
sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,
Ojca
Podkomorzego, Mościwego Pana
(Mówiąc,
Podkomorzemu ścisnął za kolana);
On
mnie radą do usług publicznych sposobił,
Z
opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.
W mym
domu wiecznie będzie jego pamięć droga,
Co
dzień za duszę jego proszę Pana Boga.
Jeślim
tyle na jego nie korzystał dworze
Jak
drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,
Gdy
inni, więcej godni Wojewody względów,
Doszli
potem najwyższych krajowych urzędów,
Przynajmniej
tom skorzystał, że mi w moim domu
Nikt
nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu
W
uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:
Grzeczność
nie jest nauką łatwą ani małą.
Niełatwą,
bo nie na tym kończy się, jak nogą
Zręcznie
wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;
Bo
taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,
Ale
nie staropolska, ani też szlachecka.
Grzeczność
wszystkim należy, lecz każdemu inna;
Bo
nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,
I
wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana
Dla
sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.
Trzeba
się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić
I
każdemu powinną uczciwość wyrządzić.
I
starzy się uczyli; u panów rozmowa
Była
to historyja żyjąca krajowa,
A
między szlachtą dzieje domowe powiatu:
Dawano
przez to poznać szlachcicowi bratu,
Że
wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;
Więc
szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.
Dziś
człowieka nie pytaj: co zacz? kto
go rodzi?
Z kim
on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,
Byle
nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.
Jak
ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy
I nie
chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,
Tak
nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!
Dość,
że ważny i że się stempel na nim widzi,
Więc
szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".
To
mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;
Bo
choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,
Wiedział,
że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,
Że ją
nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.
Ale
wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;
Sędzia
Podkomorzego zdał się radzić okiem,
Podkomorzy
pochwałą rzeczy nie przerywał,
Ale
częstym skinieniem głowy potakiwał.
Sędzia
milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;
Więc
Sędzia jego puchar i swój kielich nalał
I
dalej mówił:
"Grzeczność
nie jest rzeczą małą:
Kiedy
się człowiek uczy ważyć, jak przystało,
Drugich
wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,
Wtenczas
i swoją ważność zarazem poznaje;
Jak
na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,
Musim
kogoś posadzić na przeciwnej szali.
Zaś
godna jest Waszmościów uwagi osobnej
Grzeczność,
którą powinna młodź dla płci nadobnej;
Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty
Objaśniają
wrodzone wdzięki i przymioty.
Stąd
droga do afektów i stąd się kojarzy
Wspaniały
domów sojusz - tak myślili starzy.
A
zatem..."
Tu
pan Sędzia nagłym zwrotem głowy
Skinął
na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,
Znać
było, że przychodził już do wniosków mowy.
Wtem
brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy
I
rzekł:
"Mój
Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!
Teraz
nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,
Czy
młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.
Ach,
ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny
Pierwszy
raz zawitała moda francuszczyzny!
Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów
Wtargnęli
do nas hordą gorszą od Nogajów!
Prześladując
w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
Prawa
i obyczaje, nawet suknie stare.
Żałośnie
było widzieć wyżółkłych młokosów,
Gadających
przez nosy, a często bez nosów,
Opatrzonych
w broszurki i w różne gazety,
Głoszących
nowe wiary, prawa, toalety.
Miała
nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
Bo
Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,
Odbiera
naprzód rozum od obywateli.
I tak
mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;
I
zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,
Bo
już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.
Krzyczano
na modnisiów, a brano z nich wzory:
Zmieniano
wiarę, mowę, prawa i ubiory.
Była
to maszkarada, zapustna swawola,
Po
której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!
"Pamiętam,
chociaż byłem wtenczas małe dziecię,
Kiedy
do ojca mego w oszmiańskim powiecie
Przyjechał
pan Podczaszyc na francuskim wózku,
Pierwszy
człowiek, co w Litwie chodził po francusku.
Biegali
wszyscy za nim jakby za rarogiem,
Zazdroszczono
domowi, przed którego progiem
Stanęła
Podczaszyca dwókolna dryndulka,
Która
się po francusku zwała karyjulka.
Zamiast
lokajów w kielni siedziały dwa pieski,
A na
kozłach niemczysko chude na kształt deski;
Nogi
miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,
W
pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,
Peruka
z harbajtelem zawiązanym w miechu.
Starzy
na on ekwipaż parskali ze śmiechu,
A
chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie
Jeździ
wenecki diabeł w niemieckiej karecie.
Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;
Dosyć,
że nam się zdawał małpą lub papugą,
W
wielkiej peruce, którą do złotego runa
On
lubił porównywać, a my do kołtuna.
Jeśli
kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie
Piękniejsze
jest niż obcej mody małpowanie,
Milczał;
boby krzyczała młodzież, że przeszkadza
Kulturze,
że tamuje progresy, że zdradza!
Taka
była przesądów owoczesnych władza!
Podczaszyc
zapowiedział, że nas reformować,
Cywilizować
będzie i konstytuować;
Ogłosił
nam, że jacyś Francuzi wymowni
Zrobili
wynalazek: iż ludzie są rowni.
Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie
I każdy
ksiądz toż samo gada na ambonie.
Nauka
dawną była, szło o jej pełnienie!
Lecz
wtenczas panowało takie oślepienie,
Że
nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,
Jeśli
ich nie czytano w francuskiej gazecie.
Podczaszyc,
mimo równość, wziął tytuł markiża;
Wiadomo,
że tytuły przychodzą z Paryża,
A
natenczas tam w modzie był tytuł markiża.
Jakoż,
kiedy się moda odmieniła z laty,
Tenże
sam markiż przybrał tytuł demokraty;
Wreszcie
z odmienną modą, pod Napoleonem,
Demokrata
przyjechał z Paryża baronem;
Gdyby
żył dłużej, może nową alternatą
Z
barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.
Bo
Paryż częstą mody odmianą się chlubi,
A co
Francuz wymyśli, to Polak polubi.
"Chwała
Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież
Wyjeżdża
za granicę, to już nie po odzież,
Nie
szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach
Lub
wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.
Bo
teraz Napoleon, człek mądry a prędki,
Nie
daje czasu szukać mody i gawędki.
Teraz
grzmi oręż, a nam starym serca rosną,
Że
znowu o Polakach tak na świecie głośno;
Jest
sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!
Zawżdy
z wawrzynów drzewo wolności wykwita.
Tylko
smutno, że nam, ach! tak się lata wleką
W
nieczynności! a oni tak zawsze daleko!
Tak
długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!
Ojcze
Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),
Słyszałem,
żeś zza Niemna odebrał wiadomość;
Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"
"Nic
a nic - odpowiedział Robak obojętnie
(Widać
było, że słuchał rozmowy niechętnie) -
Mnie
polityka nudzi; jeżeli z Warszawy
Mam
list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy
Bernardyńskie;
cóż o tem gadać u wieczerzy?
Są tu
świeccy, do których nic to nie należy".
Tak
mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników
Siedział
gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;
Stary
żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,
Pan
Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.
Rykow
jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,
Lecz
na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:
"Pan
Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy
O
Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!
He!
Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -
Ojczyzna!
Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!
Wy
Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,
Jest
armistycjum, to my razem jemy, pijem.
Często
na awanpostach nasz z Francuzem gada,
Pije
wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.
Ruskie
przysłowie: z kim się biję, tego lubię;
Gładź
drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.
Ja
mówię, będzie wojna u nas. Do majora
Płuta
adiutant sztabu przyjechał zawczora:
Gotować
się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,
Czy
na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!
Bez
Suworowa to on może nas wytuza.
U nas
w pułku gadano, jak szli na Francuza,
Że
Bonapart czarował, no, tak i Suwarów
Czarował;
tak i były czary przeciw czarów.
Raz w
bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -
A on
zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;
Tak
Bonaparte znowu w kota się przerzuca,
Dalej
drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.
Obaczcież,
co się stało w końcu z Bonapartą..."
Tu
Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą
Wszedł
służący, i raptem boczne drzwi otwarto.
Weszła
nowa osoba, przystojna i młoda;
Jej
zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,
Jej
ubiór zwrócił oczy; wszyscy ją witali;
Prócz
Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.
Kibić
miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,
Suknię
materyjalną, różową, jedwabną,
Gors
wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki
Krótkie,
w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty
Powiewając
rozlewał deszcz iskier rzęsisty.
Głowa
do włosów, włosy pozwijane w kręgi,
W
pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,
Pośród
nich brylant, niby zakryty od oczu,
Świecił
się jako gwiazda w komety warkoczu -
Słowem,
ubiór galowy; szeptali niejedni,
Że
zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.
Nóżek,
choć suknia krótka, oko nie zobaczy,
Bo
biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,
Jako
osóbki, które na trzykrólskie święta
Przesuwają
w jasełkach ukryte chłopięta.
Biegła
i wszystkich lekkim witając ukłonem,
Chciała
usieść na miejscu sobie zostawionem.
Trudno
było; bo krzeseł dla gości nie stało:
Na
czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,
Trzeba
było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;
Zręcznie
między dwie ławy umiała się wtłoczyć,
A
potem między rzędem siedzących i stołem
Jak
bilardowa kula toczyła się kołem.
W
biegu dotknęła blisko naszego młodziana;
Uczepiwszy
falbaną o czyjeś kolana,
Pośliznęła
się nieco i w tem roztargnieniu
Na
pana Tadeusza wsparła się ramieniu.
Przeprosiwszy
go grzecznie, na miejscu swem siadła
Pomiędzy
nim i stryjem, ale nic nie jadła,
Tylko
się wachlowała, to wachlarza trzonek
Kręciła,
to kołnierzyk z brabanckich koronek
Poprawiała,
to lekkim dotknieniem się ręki
Muskała
włosów pukle i wstąg jasnych pęki.
Ta
przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.
Tymczasem
w końcu stoła naprzód ciche szmery,
A
potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;
Mężczyźni
rozsądzali swe dzisiejsze łowy.
Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,
Coraz
głośniejsza kłótnia o kusego charta,
Którego
posiadaniem pan Rejent się szczycił
I
utrzymywał, że on zająca pochwycił;
Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,
Że ta
chwała należy chartu Sokołowi.
Pytano
zdania innych; więc wszyscy dokoła
Brali
stronę Kusego, albo też Sokoła,
Ci
jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.
Sędzia
na drugim końcu do nowej sąsiadki
Rzekł
półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,
Niepodobna
wieczerzy na później odkładać:
Goście
głodni, chodzili daleko na pole;
Myśliłem,
że dziś z nami nie będziesz przy stole".
To
rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu
O
politycznych sprawach rozmawiał po cichu.
Gdy
tak były zajęte stołu strony obie,
Tadeusz
przyglądał się nieznanej osobie:
Przypomniał,
że za pierwszym na miejsce wejrzeniem
Odgadnął
zaraz, czyim miało być siedzeniem.
Rumienił
się, serce mu biło nadzwyczajnie;
Więc
rozwiązane widział swych domysłów tajnie!
Więc
było przeznaczono, by przy jego boku
Usiadła
owa piękność widziana w pomroku.
Wprawdzie
zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,
Bo
ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.
I
włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,
A u
tej krucze, długie zwijały się sploty.
Kolor
musiał pochodzić od słońca promieni,
Któremi
przy zachodzie wszystko się czerwieni.
Twarzy
wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,
Ale
myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;
Myślił,
że pewnie miała czarniutkie oczęta,
Białą
twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;
U tej
znalazł podobne oczy, usta, lica;
W
wieku może by była największa różnica:
Ogrodniczka
dziewczynką zdawała się małą,
A
pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;
Lecz
młodzież o piękności metrykę nie pyta,
Bo
młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,
Chłopcowi
każda piękność zda się rówiennicą,
A
niewinnemu każda kochanka dziewicą.
Tadeusz,
chociaż liczył lat blisko dwadzieście
I od
dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,
Miał
za dozorcę księdza, który go pilnował
I w
dawnej surowości prawidłach wychował.
Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne
Duszę
czystą, myśl żywą i serce niewinne,
Ale
razem niemałą chętkę do swywoli.
Z
góry już robił projekt, że sobie pozwoli
Używać
na wsi długo wzbronionej swobody;
Wiedział,
że był przystojny, czuł się rześki, młody,
A w
spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.
Nazywał
się Soplica; wszyscy Soplicowie
Są,
jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,
Do
żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.
Tadeusz
się od przodków swoich nie odrodził:
Dobrze
na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,
Tępy
nie był, lecz mało w naukach postąpił,
Choć
stryj na wychowanie niczego nie skąpił.
On
wolał z flinty strzelać albo szablą robić;
Wiedział,
że go myślano do wojska sposobić,
Że
ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;
Ustawicznie
do bębna tęsknił, siedząc w szkole.
Ale
stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,
Kazał,
aby przyjechał i aby się żenił,
I
objął gospodarstwo; przyrzekł na początek
Dać
małą wieś, a potem cały swój majątek.
Te
wszystkie Tadeusza cnoty i zalety
Ściągnęły
wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.
Zmierzyła
jego postać kształtną i wysoką,
Jego
ramiona silne, jego pierś szeroką
I w
twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,
Ilekroć
z jej oczyma spotkał się młodzieniec:
Bo z
pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął
I
patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.
Również
patrzyła ona, i cztery źrenice
Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.
Pierwsza
z nim po francusku zaczęła rozmowę;
Wracał
z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,
O
autorów pytała Tadeusza zdania
I ze
zdań wyciągała na nowo pytania;
Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,
O
muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!
Dowiodła,
że zna równie pędzel, noty, druki;
Aż
osłupiał Tadeusz na tyle nauki,
Lękał
się, by nie został pośmiewiska celem,
I
jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.
Szczęściem,
że nauczyciel ładny i niesrogi;
Odgadnęła
sąsiadka powód jego trwogi,
Wszczęła
rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:
O
wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,
I jak
bawić się trzeba, i jak czas podzielić,
By
życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.
Tadeusz
odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,
W pół
godziny już byli z sobą poufali;
Zaczęli
nawet małe żarciki i sprzeczki.
W
końcu, stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:
Trzy
osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;
Podkomorzanki
na to zmarszczyły się obie,
Sąsiadka
zaśmiała się, lecz nie powiedziała,
Kogo
owa szczęśliwa gałka oznaczała.
Inaczej
bawiono się w drugim końcu stoła,
Bo
tam, wzmógłszy się nagle, stronnicy Sokoła
Na
partyję Kusego bez litości wsiedli:
Spór
był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.
Stojąc
i pijąc obie kłóciły się strony,
A
najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:
Jak
raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował
I
gestami ją bardzo dobitnie malował.
(Był
dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,
Zwano
go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).
Teraz
ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,
Spod
ramion wytknął palce i długie paznokcie,
Przedstawiając
dwa smycze chartów tym obrazem.
Właśnie
rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem
Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki
Jednym
palcem spuszczone u jednej dwórórki;
Wyczha!
poszli, a zając jak struna - smyk w pole,
Psy
tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole
I
palcami ruch chartów przedziwnie udawał),
Psy
tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;
Sokoł
smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec,
Wysadził
się przed Kusym o tyle, o palec;
Wiedziałem,
że spudłuje; szarak, gracz nie lada,
Czchał
niby prosto w pole, za nim psów gromada;
Gracz
szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,
Pstręk
na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,
A on
znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,
Psy
za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy
Cap !!" - tak krzycząc
pan Rejent, na stół pochylony,
Z
palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony
I
"cap!" - Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.
Tadeusz
i sąsiadka, tym głosu wybuchem
Znienacka
przestraszeni właśnie w pół rozmowy,
Odstrychnęli
od siebie mimowolnie głowy,
Jako
wierzchołki drzewa powiązane społem,
Gdy
je wicher rozerwie; i ręce pod stołem
Blisko
siebie leżące wstecz nagle uciekły,
I
dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.
Tadeusz,
by nie zdradzić swego roztargnienia:
"Prawda
- rzekł - mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,
Kusy
piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."
"Chwytny?
- krzyknął pan Rejent. - Mój pies faworytny
Żeby
nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu
Cieszył
się, że tak piękny pies nie ma narowu,
Żałował,
że go tylko widział idąc z lasu
I że
przymiotów jego poznać nie miał czasu.
Na to
zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,
Utopił
w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.
Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy
Od
Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,
Lecz
straszny na reducie, balu i sejmiku,
Bo
powiadano o nim: ma żądło w języku.
Tak
dowcipne żarciki umiał komponować,
Iżby
je w kalendarzu można wydrukować:
Wszystkie
złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,
Schedę
ojca swojego i majątek bratni,
Wszystko
strwonił, na wielkim figurując świecie;
Teraz
wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.
Lubił
bardzo myślistwo, już to dla zabawy,
Już to że odgłos trąbki i widok obławy
Przypominał
mu jego lata młodociane,
Kiedy
miał strzelców licznych i psy zawołane;
Teraz
mu z całej psiarni dwa charty zostały,
I
jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.
Więc
zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,
Rzekł
z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:
"Chart
bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...
Ogon
też znacznie chartom pomaga do pędu,
A Pan
kusość uważasz za dowód dobroci?
Zresztą
zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.
Choć
pani Telimena mieszkała w stolicy
I
bawi się niedawno w naszej okolicy,
Lepiej
zna się na łowach niż myśliwi młodzi:
Tak
to nauka sama z latami przychodzi".
Tadeusz,
na którego niespodzianie spadał
Grom
taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,
Lecz
patrzył na rywala coraz straszniej, srożéj...
Wtem,
wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.
"Wiwat!"
- krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił
I z
wolna w tabakierę palcami zadzwonił:
Tabakiera
ze złota, z brylantów oprawa,
A w
środku jej był portret króla Stanisława.
Ojcu
Podkomorzego sam król ją darował,
Po
ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;
Gdy w
nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;
Umilkli
wszyscy i ust nie śmieli otwierać.
On
rzekł:
"Wielmożni
Szlachta, Bracia Dobrodzieje!
Forum
myśliwskiem tylko są łąki i knieje,
Więc
ja w domu podobnych spraw nie decyduję
I
posiedzenie nasze na jutro solwuję,
I
dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.
Woźny!
odwołaj sprawę na jutro na pole.
Jutro
i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,
I Waszeć
z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,
I
pani Telimena, i panny, i panie,
Słowem,
zrobim na urząd wielkie polowanie;
I
Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".
To
mówiąc tabakierę podawał starcowi.
Wojski
na ostrym końcu śród myśliwych siedział,
Słuchał
zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,
Choć
młodzież nieraz jego zasięgała zdania,
Bo
nikt lepiej nad niego nie znał polowania.
On
milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył
W
palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;
Kichnął,
aż cała izba rozległa się echem,
I
potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:
"O,
jak mnie to starego i smuci, i dziwi!
Cóż
by to o tym starzy mówili myśliwi,
Widząc,
że w tylu szlachty, w tylu panów gronie
Mają
sądzić się spory o charcim ogonie;
Cóż
by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?
Wróciłby
do Lachowicz i w grób się położył!
Co by
rzekł wojewoda Niesiołowski stary,
Który
ma dotąd pierwsze na świecie ogary
I
dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,
I ma
sto wozów sieci w zamku worończańskim,
A od
tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.
Nikt
go na polowanie uprosić nie może,
Białopiotrowiczowi
samemu odmówił!
Bo
cóż by on na waszych polowaniach łowił?
Piękna
byłaby sława, ażeby pan taki
Wedle
dzisiejszej mody jeździł na szaraki!
Za
moich, panie, czasów w języku strzeleckim
Dzik,
niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,
A
zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów
Zostawiano
dla płatnych sług i dworskich ciurów;
Żaden
pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki
Strzelby,
którą zhańbiono, sypiąc w nią śrut cienki!
Trzymano
wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,
Trafia
się, że spod konia mknie się biedak zając;
Puszczano
wtenczas za nim dla zabawki smycze
I na
konikach małe goniły panicze
Przed
oczami rodziców, którzy te pogonie
Ledwie
raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!
Więc
niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy
Odwołać
swe rozkazy i niech mi wybaczy,
Że
nie mogę na takie jechać polowanie
I
nigdy na niem noga moja nie postanie!
Nazywam
się Hreczecha, a od króla Lecha
Żaden
za zającami nie jeździł Hreczecha".
Tu
śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.
Wstano
od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;
Z
wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;
Idąc
kłaniał się damom, starcom i młodzieży;
Za
nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,
Sędzia
u progu rękę dał Podkomorzynie,
Tadeusz
Telimenie, Asesor Krajczance,
A pan
Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.
Tadeusz
z kilku gośćmi poszedł do stodoły,
A
czuł się pomieszany, zły i niewesoły,
Rozbierał
myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:
Spotkanie
się, wieczerzę przy boku sąsiadki,
A
szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha
Brzęczało
ciągle jako naprzykrzona mucha.
Pragnąłby
u Woźnego lepiej się wypytać
O
pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;
Wojskiego
też nie widział, bo zaraz z wieczerzy
Wszyscy
poszli za gośćmi, jak sługom należy,
Urządzając
we dworze izby do spoczynku.
Starsi
i damy spały we dworskim budynku,
Młodzież
Tadeuszowi prowadzić kazano,
W
zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.
W pół
godziny tak było głucho w całym dworze
Jako
po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;
Ciszę
przerywał tylko głos nocnego stróża.
Usnęli
wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:
Jako
wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę
W
pole i w domu przyszłą urządza zabawę.
Dał
rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,
Pisarzom,
ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,
I
musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,
Nareszcie
rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.
Woźny
pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,
Przy
którym świecą gęste kutasy jak kity,
Z
jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,
Na
wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;
Pas
taki można równie kłaść na strony obie:
Złotą
na dzień galowy, a czarną w żałobie.
Sam
Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;
Właśnie
tym się zatrudniał i kończył tak gadać:
"Cóż
złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?
Nikt
na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,
Bo
przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.
My od
dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,
I
mimo całą strony przeciwnej zajadłość
Dowiodę,
że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.
Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,
Dowodzi,
że posiadłość tam ma albo bierze;
Nawet
strony przeciwne weźwiemy na świadki:
Pamiętam
za mych czasów podobne wypadki".
Już
Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,
Siadł
przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,
Która
mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,
Której
nigdy nie rzuca w domu i w podróży.
Była
to trybunalska wokanda: tam rzędem
Stały
spisane sprawy, które przed urzędem
Woźny
sam głosem swoim przed laty wywołał
Albo o których później dowiedzieć się zdołał.
Prostym
ludziom wokanda zda się imion spisem,
Woźnemu
jest obrazów wspaniałych zarysem.
Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,
Dominikanie
z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,
Radziwiłł
z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,
Obuchowicz
z kahałem, Juracha z Piotrowskim,
Maleski
z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia
Z
Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia
Pamięć
spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,
I
stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;
I
ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,
W
granatowym kontuszu stał przed trybunałem;
Jedna
ręka na szabli, a drugą do stoła
Przywoławszy
dwie strony: "Uciszcie się!" woła.
Marząc
i kończąc pacierz wieczorny, pomału
Usnął
ostatni w Litwie Woźny trybunału.
Takie
były zabawy, spory w one lata
Śród
cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata
We
łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,
Otoczon
chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,
Wprzągłszy
w swój rydwan orły złote obok srebrnych,
Od
puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,
Ciskając
grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,
W
Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor
Biegły
przed nim i za nim. Sława czynów tylu,
Brzemienna
imionami rycerzy, od Nilu
Szła
hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów
Odbiła
się, jak od skał, od Moskwy szeregów,
Które
broniły Litwę murami żelaza
Przed
wieścią dla Rosyi straszną jak zaraza.
Przecież
nieraz nowina, niby kamień z nieba,
Spadała
w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,
Bez
ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,
Stanął
i oczy wkoło obracał ostróżne.
Gdy
nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy
Ani
jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,
Wtenczas,
kim był, wyznawał: był legijonistą,
Przynosił
kości stare na ziemię ojczystą,
Której
już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała
Rodzina
pańska, jak go czeladka ściskała,
Zanosząc
się od płaczu! On za stołem siadał
I
dziwniejsze od baśni historyje gadał.
On
opowiadał, jako jenerał Dąbrowski
Z
ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,
Jak
on rodaków zbiera na Lombardzkiem polu;
Jak
Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu
I
zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów
Rzucił
w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;
Jak
Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,
Gdzie
się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie
Pachnące
kwitną lasy; z legiją Dunaju
Tam
wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.
Mowy
starca krążyły we wsi po kryjomu;
Chłopiec,
co je posłyszał, znikał nagle z domu,
Lasami
i bagnami skradał się tajemnie,
Ścigany
od Moskali, skakał kryć się w Niemnie
I
nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,
Gdzie
usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"
Lecz
nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia
I
Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"
Tak
przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,
Piotrowski,
Obolewski, Rożycki, Janowicz,
Mirzejewscy,
Brochocki i Bernatowicze,
Kupść,
Gedymin i inni, których nie policzę;
Opuszczali
rodziców i ziemię kochaną,
I
dobra, które na skarb carski zabierano.
Czasem
do Litwy kwestarz z obcego klasztoru
Przyszedł,
i kiedy bliżej poznał panów dworu,
Gazetę
im pokazał wyprutą z szkaplerza;
Tam
stała wypisana i liczba żołnierza,
I
nazwisko każdego wodza legijonu,
I
każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.
Po
wielu latach pierwszy raz miała rodzina
Wieść
o życiu, o chwale i o śmierci syna;
Brał
dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,
Po
kim była żałoba, tylko zgadywano
W
okolicy; i tylko cichy smutek panów
Lub
cicha radość była gazetą ziemianów.
Takim
kwestarzem tajnym był Robak podobno:
Często
on z panem Sędzią rozmawiał osobno;
Po
tych rozmowach zawsze jakowaś nowina
Rozeszła
się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna
Wydawała,
że mnich ten nie zawsze w kapturze
Chodził
i nie w klasztornym zestarzał się murze.
Miał
on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,
Bliznę
wyciętej skóry na szerokość dłoni
I w
brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;
Ran
tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.
Ale
nie tylko groźne wejrzenie i blizny,
Lecz
sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.
Przy
mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami
Od
ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",
To
nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,
Jakby
"prawo w tył" robił za wodza rozkazem,
I
słowa liturgiji takim wyrzekł tonem
Do
ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;
Postrzegali
to chłopcy służący mu do mszy.
Spraw
także politycznych był Robak świadomszy
Niźli
żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,
Często
zastanawiał się w powiatowem mieście;
Miał
pełno interesów: to listy odbierał,
Których
nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,
To
wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,
Nie
powiadał; częstokroć wymykał się nocą
Do
dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał
I
okoliczne wioski dokoła wydeptał,
I w
karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,
A
zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.
Teraz
Sędziego, który już spał od godziny,
Przychodzi
budzić; pewnie ma jakieś nowiny.