A
chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi
Blask
latarek i wniście kilkudziesiąt
ludzi,
Którzy
wpadli na szlachtę, jak pająki ścienne
Nazwane
k o s a r z a m i na muchy wpółsenne:
Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi
Obejmuje
ją wkoło i dusi mistrz srogi.
Sen
szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy:
Żaden
nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,
Chociaż
byli chwytani silnymi rękoma
I
przewracani jako na przewiąsłach słoma.
Tylko
jeden Konewka, któremu w powiecie
Nie
znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,
Konewka,
co mógł wypić lipcu dwa antały,
Nim
mu splątał się język i nogi zachwiały,
Ten,
choć długo ucztował i usnął głęboko,
Dawał
przecie znak życia; przemknął jedno oko
I
widzi! istne zmory! dwie
okropne twarze
Tuż
nad sobą, a każda ma wąsów po parze;
Dyszą
nad nim, ust jego tykają wąsami
I
czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami;
Zląkł
się, chciał przeżegnać się: darmo rękę chwyta,
Ręka
prawa jak gdyby do boku przybita;
Ruszył
lewą, niestety! czuje, że go duchy
Spowiły
ciasno, jako niemowlę w pieluchy;
Zląkł
się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,
Leży
nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!
Lecz
Kropiciel zerwał się bronić się - po czasie!
Bo
już był skrępowany we swym własnym pasie;
Przecież
zwinął się i tak sprężyście podskoczył,
Że
padł na piersi sennych, po głowach się toczył,
Miotał
się jako szczupak, gdy się w piasku rzuca.
A
ryczał jako niedźwiedź, bo miał silne płuca.
Ryczał:
"Zdrada!" Wnet cała zbudzona gromada
Chorem
odpowiedziała: "Zdrada! gwałtu! zdrada!"
Krzyk
dochodzi echami zwierciadlanej sali,
Kędy
Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali;
Przebudza
się Gerwazy, darmo się wydziera,
Związany
w kij do swego własnego rapiera;
Patrzy,
widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,
W
czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych;
Jeden
z nich, opasany szarfą, trzymał szpadę
I
ostrzem jej kierował swych drabów gromadę,
Szepcąc:
"Wiąż! wiąż!"
Dokoła
leżą jak barany
Dżokeje
w pętach, Hrabia siedzi nie związany,
Lecz
bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnety
Stoją
drabi. - Poznał ich Gerwazy, niestety!
Moskale!!!
Nieraz
Klucznik był w podobnych trwogach,
Nieraz
miewał powrozy na ręku i nogach,
A
przecież się uwalniał; wiedział o sposobie
Rwania
więzów, był silny bardzo, ufał sobie.
Przemyślał
ratować się milczkiem; oczy zmrużył,
Niby
śpi, z wolna ręce i nogi przedłużył,
Dech
wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężej;
Aż
jednym razem kurczy, wydyma się, pręży,
Jak
wąż, głowę i ogon gdy chowa w przeguby,
Tak
Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby;
Rozciągnęły
się, nawet skrzypnęły powrozy,
Ale
nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy
Przewrócił
się i w ziemię schowawszy twarz gniewną,
Zamknąwszy
oczy, leżał nieczuły jak drewno.
Wtem
ozwały się bębny, naprzód z rzadka, potem
Coraz
gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem;
Na
ten apel rozkazał oficer Moskali
Dżokejów
z Hrabią zamknąć pod strażą na sali,
Szlachtę
wieść na dwór, kędy stała druga rota.
Nadaremnie
Kropiciel dąsa się i miota.
Sztab
stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele:
Podhajscy, Birbaszowie,
Hreczechy, Biergele,
Wszyscy
Sędziego krewni albo przyjaciele.
Na
odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie,
Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie.
Kto z
wiosek batalijon Moskalów
sprowadził?
Kto
tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?
Asesor-li, czy Jankiel? Różnie słychać o tem,
Lecz
nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.
Już
też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni,
Brzegiem
tępym, jak gdyby odartym z promieni,
Na
wpół widne, na poły w czerni chmur się chowa
Jak
rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.
Wiatr
wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu,
Gęste
i poszarpane jako bryły lodu;
Każdy
obłok w przelocie deszczem zimnym prószy,
Z
tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,
Za
wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:
I tak
dzień na przemiany był chłodny i słotny.
Tymczasem
Major belki schnące pode dworem
Każe
wlec, w każdej belce wysiekać toporem
Półokrągłe
otwory, w te otwory wtyka
Nogi
więźniów i drugą belką je zamyka.
Oba
drewna goździami przebite po rogach
Ścisnęły
się, jako psie paszczęki, na nogach.
Zaś
powrozami mocniej sznurowano ręce
Na
plecach szlachty; Major, ku większej ich męce,
Kazał
pierwej pozdzierać z głów konfederatki,
Z
pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki.
Nawet
żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie,
Siedziała
rzędem, dzwoniąc zębami na chłodzie
I na
deszczu, bo coraz wzmagała się słota,
Nadaremnie
Kropiciel dąsa się i miota.
Darmo
Sędzia za szlachtą instancyję wnosi
I
Telimena łączy prośby do łez Zosi,
Ażeby
miano większy wzgląd na niewolników.
Wprawdzie
oficer rotny, pan Nikita Ryków,
Moskal,
lecz dobry człowiek, dał się udobruchać,
Cóż,
kiedy sam majora Płuta musiał słuchać!
Ten
major, Polak rodem, z miasteczka Dzierowicz,
Nazywał
się (jak słychać) po polsku Płutowicz,
Lecz
przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje
Z
Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje.
Płut stał z fajką przed frontem, w boki się
podpierał
I gdy
mu kłaniano się, nos w górę zadzierał,
A za
odpowiedź, na znak gniewnego humoru,
Wypuścił
z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.
A
tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza
I Asesora także na bok odprowadza;
Przemyślają,
jak by rzecz zakończyć bez sądu,
A co
jeszcze ważniejsza, bez mieszań się rządu.
Więc
do majora Płuta rzekł kapitan Ryków:
"Panie
Major! co nam z tych wszystkich niewolników?
Oddamy
pod sąd? będzie szlachcie wielka bieda,
A
Panu Majorowi nikt za to nic nie da.
Wiesz co, Major? ot,
lepiej tę sprawę zagodzić,
Pan
Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić,
My
powiemy, że my tu przyszli dla wizyty,
A tak
i kozy całe, i wilk będzie syty.
Przysłowie
ruskie: Wszystko można, lecz ostrożnie:
I to
przysłowie: Sobie piecz na carskim rożnie;
I to
przysłowie: Lepsza zgoda od niezgody;
Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody.
Raportu
nie podamy, tak się nikt nie dowie.
Bóg
dał ręce, żeby brać, to ruskie przysłowie".
Słysząc
to Major wstaje i od gniewu parska:
"Czy
ty oszalał, Ryków? to służba cesarska,
A
służba nie jest drużba, stary, głupi Ryków!
Czy
ty oszalał? ja mam puszczać buntowników!
W
takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,
Ja
was nauczę buntu! Ha, szlachta łajdaki,
Dobrzyńscy,
oj, ja znam was! Niech łajdaki mokną!
(I
zaśmiał się na całe gardło, patrząc w okno).
Wszakże
ten sam Dobrzyński, co siedzi w surducie -
Hej,
zdjąć mu surdut! - w roku przeszłym na reducie
Zaczął
ze mną tę kłótnię. Kto zaczął? on, nie ja.
On,
gdy tańczyłem, krzyknął: <<Precz, za drzwi złodzieja>>
Że
wtenczas za pułkowej okradzenie kasy
Byłem
pod śledztwem, miałem wielkie ambarasy,
A jemu co do tego? Ja tańczę mazura,
On
krzyczy z tyłu: <<Złodziej!>> - Szlachta za nim: <<Ura!>>
Skrzywdzili
mnie - a co? wpadł w me szpony szlachciura.
Mówiłem:
Ej, Dobrzyński! ej, przyjdzie do woza
Koza
- a co? Dobrzyński, widzisz! będzie łoza".
Potem
Sędziemu szepnął, schyliwszy się, w ucho:
"Jeśli chcesz, Sędzio, żeby to uszło na
sucho,
Za
każdą głowę tysiąc rubelków gotówką.
Tysiąc
rubelków, Sędzio, to ostatnie słówko".
Sędzia
chciał targować się, lecz Major nie słuchał,
Znowu
biegał po izbie, dymem gęsto buchał,
Podobny
do szmermelu albo do rakiety.
Chodziły
za nim prosząc i płacząc kobiety.
"Majorze
- mówił Sędzia - choć pozwiesz do prawa,
Cóż
wygrasz? Tu nie zaszła żadna bitwa krwawa,
Nie
było ran; że zjedli kury i półgąski,
Za to
wedle Statutu zapłacą nawiązki.
Ja na
pana Hrabiego nie zanoszę skargi,
To
tylko były zwykłe sąsiedzkie zatargi".
"A
czy Sędzia - rzekł Major -
ż ó ł t ą k s i ę g ę czytał?"
"Co to za żółta księga?" pan Sędzia zapytał.
"Księga
- rzekł Major - lepsza niż wasze statuty,
A w
niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;
Księga
ustaw wojennych, teraz w Litwie całéj
Ogłoszonych;
już pod stół wasze trybunały.
Podług
ustaw wojennych za takową psotę
Pójdziecie
już to najmniej w sybirną robotę".
"Apeluję
- rzekł Sędzia - do gubernatora".
"Apeluj
- rzekł Płut - choćby do Imperatora.
Wiesz,
że gdy Imperator zatwierdza ukazy,
Z
łaski swej często karę powiększa dwa razy.
Apelujcie,
ja może wynajdę w potrzebie,
Mospanie
Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.
Wszak
Jankiel, szpieg, którego już rząd dawno śledzi,
Jest
twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.
Mogę
teraz was wszystkich wziąć w areszt od razu".
"Mnie
- rzekł Sędzia - brać w areszt? jak śmiesz bez
rozkazu?"
I
przychodziło coraz do żywszego sporu,
Gdy
nowy gość zajechał na dziedziniec dworu.
Wjazd
tłumny, dziwny. Przodem, niby laufer, bieży
Ogromny,
czarny baran, a łeb mu się jeży
Czterema
rogami, z których dwa jako kabłąki
Kręcą
się koło uszu, ubrane we dzwonki,
A
dwa, od czoła na bok wysuwając końce,
Wstrząsają
kulki krągłe, mosiężne, brzęczące.
Za
baranem szły woły, trzoda owiec, kozy,
Za
bydłem cztery ciężko pakowane wozy.
Wszyscy
odgadli, że to wjazd księdza Kwestarza.
Więc
pan Sędzia, powinność znając gospodarza,
Stał
w progu witać gościa. Ksiądz na pierwszej bryce
Jechał,
kapturem na wpół zasłoniwszy lice,
Ale
go wnet poznano, bo gdy więźniów minął,
Zwrócił
się ku nim twarzą, palcem na znak skinął.
I
drugiej bryki furman równie był poznany:
Stary
Maciek Rózeczka, za chłopa przebrany;
Szlachta
zaczęła krzyczeć, skoro się pokazał,
On rzekł:
"Głupi!" - i ręką milczenie nakazał.
Na
trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,
A pan
Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.
A
tymczasem Podhajscy i Isajewicze,
Birbasze, Wilbikowie,
Biergele, Kotwicze,
Widząc
szlachtę Dobrzyńskich w tak ciężkiej niewoli,
Zaczęli
z dawnych gniewów ostygać powoli.
Bo
szlachta polska, chociaż niezmiernie kłotliwa
I
porywcza do bitew, przecież nie jest mściwa.
Biegą więc do Macieja starego po radę.
On
koło wozów całą ustawia gromadę,
Każe
czekać.
Bernardyn
wstąpił do pokoju.
Zaledwie
go poznano, choć nie zmienił stroju,
Tak
przybrał inną postać. Zwyczajnie ponury,
Zamyślony,
a teraz głowę wzniósł do góry
I z
miną rozjaśnioną, jak kwestarz rubacha,
Nim
zaczął gadać, długo śmiał się:
"Cha,
cha, cha, cha,
Kłaniam,
kłaniam! cha, cha, cha, wyśmienicie, przednie!
Panowie
oficery, kto poluje we dnie,
Wy w
nocy! dobry połów, widziałem zwierzynę;
Oj,
skubać, skubać szlachtę, oj, drzeć z nich łupinę!
Oj,
weźcież ich na munsztuk, bo też szlachta bryka!
Winszuję
ci, Majorze, żeś złowił Hrabika!
To
tłuścioszek, to bogacz, panicz z antenatów,
Nie
wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów;
A jak
weźmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze
I dla
mnie, bo ja zawżdy za twą duszę proszę.
Jakem
bernardyn, bardzo myślę o twej duszy!
Śmierć
i sztabsoficerów porywa za uszy!
Dobrze
napisał Baka, że śmierć dżga za katy
W
szkarłaty i po suknie nieraz dobrze stuknie,
I po
płótnie tak utnie, jak i po kapturze,
I po
fryzurze równie, jak i po mundurze.
Śmierć
matula, powiada Baka, jak cebula
Łzy wyciska,
gdy ściska, a równie przytula
I
dziecko, co się lula, i zucha, co hula!
Ach! ach! Majorze, dzisiaj żyjem, jutro
gnijem,
To
tylko nasze, co dziś zjemy i wypijem!
Panie
Sędzio, wszakże to czas podobno śniadać?
Siadam
za stół i proszę wszystkich ze mną siadać;
Majorze,
gdyby zrazów? Panie Poruczniku,
Co
myślisz? gdyby wazę dobrego ponczyku?"
"To
prawda, Ojcze - rzekli dwaj oficerowie -
Czas
by już zjeść i wypić Pana Sędzi zdrowie!"
Zdziwili
się domowi, patrząc na Robaka,
Skąd
mu się wzięła mina i wesołość taka.
Sędzia
wnet kucharzowi powtórzył rozkazy;
Wniesiono
wazę, cukier, butelki i zrazy.
Płut i Ryków tak czynnie zaczęli się
zwijać,
Tak
łakomie połykać i gęsto zapijać,
Że w
pół godziny zjedli dwadzieścia trzy zrazy
I
wychylili ponczu ogromne pół wazy.
Więc
Major syt i wesół w krześle się rozwalił,
Dobył
fajkę, biletem bankowym zapalił
I
otarłszy śniadanie z ust końcem serwety,
Obrócił
śmiejące się oczy na kobiety
I
rzekł: "Ja, piękne Panie, lubię was jak wety!
Na me
szlify majorskie, gdy człek zjadł śniadanie,
Najlepszą
jest po zrazach zakąską gadanie
Z
paniami tak pięknemi jak wy, piękne Panie!
Wiecie co? grajmy w
karty! w welba-cwelba? w wista?
Albo
pójdźmy mazurka? he! do diabłów trzysta!
Wszak
ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta!"
Za
czym ku damom bliżej schylił się wygięty
I
puszczał na przemiany dym i komplementy.
"Tańczyć!
- zawołał Robak - gdy wychylę flaszę,
To i
ja, choć ksiądz, habit czasami podkaszę
I
potańczę mazurka! Ale wiesz, Majorze,
My tu
pijem, a jegry tam zmarzną na dworze?
Hulać,
to hulać! Sędzio, daj beczkę siwuchy!
Major
pozwoli, niechaj piją jegry zuchy!"
"Prosiłbym
- rzecze Major - lecz w tem nie ma musu".
"Daj,
Sędzio - szepnął Robak - beczkę spirytusu".
I
tak, kiedy we dworze sztab wesoły łyka,
Za
domem zaczęła się w wojsku pijatyka.
Ryków
kapitan milczkiem kielichy wychylał,
Lecz
Major pił i razem damom się przymilał,
A
wzmagał się w nim coraz tańcowania zapał;
Rzucił
fajkę i rękę Telimeny złapał,
Chciał
tańczyć, lecz uciekła; więc podszedł do Zosi,
Kłaniając
się, słaniając, do mazurka prosi:
"Hej!
ty Ryków, przestańże tam trąbić na fajce,
Precz
fajka, wszak ty dobrze grasz na bałabajce;
Widzisz
no tam gitarę, pódź no, weź gitarę,
I
mazurka! ja, Major, idę w pierwszą parę".
Kapitan
wziął gitarę i struny przykręcał,
Płut znowu Telimenę do tańca zachęcał.
"Słowo
majorskie, Panno, nie Rosyjaninem
Jestem,
jeżeli kłamię! chcę być sukinsynem,
Jeżeli
kłamię; spytaj, a oficerowie
Wszyscy
poświadczą, cała armija to powie,
Że w
tej drugiej armiji, w korpusie dziewiątym,
W
drugiej pieszej dywizji, w pułku pięćdziesiątym
Jegierskim
major Płut jest pierwszy mazurzysta.
Pódźże, Panienko! nie
bądź taka narowista!
Bo ja
po oficersku ukarzę Panienkę..."
To
mówiąc skoczył, chwycił Telimeny rękę
I
szerokim całusem w białe ramię klasnął,
Gdy
Tadeusz, przypadłszy z boku, w twarz mu trzasnął.
I
całus, i policzek ozwały się razem,
Jeden
za drugim, jako wyraz za wyrazem.
Major
osłupiał, oczy przetarł, z gniewu blady
Zawołał:
"Bunt! buntownik!" - i
dobywszy szpady,
Biegł
przebić; wtem Ksiądz dostał z rękawa krócicę:
"Pal,
Tadeuszku! - krzyknął - pal
jak w jasną świécę!"
Tadeusz
wnet pochwycił, wymierzył, wypalił,
Chybił,
ale Majora zgłuszył i osmalił.
Porywa
się z gitarą Ryków: "Bunt! bunt!" - woła,
Wpada
na Tadeusza; lecz Wojski zza stoła
Machnął
ręką na odlew; nóż w powietrzu świsnął
Między
głowy i pierwej uderzył, niż błysnął.
Uderza
w dno gitary, na wylot ją wierci,
Schylił
się na bok Ryków i tak uszedł śmierci.
Lecz
strwożył się; krzyknąwszy:
"Jegry!
bunt! Jej Bogu!" -
Dobył
szpady, broniąc się zbliżał się do progu.
Wtem
z drugiej strony izby wpada szlachty wiele
Przez
okna, z rapierami, Rózeczka na czele.
Płut w sieni, Ryków za nim, wołają
żołnierzy,
Już
trzech najbliższych domu na pomoc im bieży;
Już
przeze drzwi włażą trzy błyszczące bagnety,
A za
nimi trzy czarne schylone kaszkiety.
Maciek
stał u drzwi z Rózgą wzniesioną do góry,
Lgnąc
do ściany, czatował jako kot na szczury,
Aż
ciął okropnie; może głowy by trzy zwalił,
Lecz
stary, czy nie dojrzał, czy zbyt się zapalił,
Bo
nim szyje wytknęli, rąbnął po kaszkietach,
Zdarł
je; Rózga spadając brząkła po bagnetach.
Moskale
cofają się, Maciek ich wygania
Na
dziedziniec.
Tam
jeszcze więcej zamieszania.
Tam
stronnicy Sopliców pracują w zawody
Nad
rozkuciem Dobrzyńskich, rozrywają kłody;
Widząc
to jegry za broń porywają, biegą;
Sierżant,
wpadłszy, bagnetem przebił Podhajskiego,
Dwóch
drugich szlachty zranił, do trzeciego strzela,
Uciekają;
było to przy kłodzie Chrzciciela.
Ten
już miał ręce wolne, gotowe ku walce:
Wstał,
podniósł dłoń i zwinął w kłębek długie palce,
I z
góry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina,
Że
twarz jego i skroń wbił w zamek karabina.
Trzasł zamek, lecz zalany krwią proch już nie
spalił;
Sierżant
u nóg Chrzciciela na swą broń się zwalił.
Chrzciciel
schyla się, chwyta karabin za rurę
I
wijąc jak kropidłem, podnosi go w górę,
Robi
młynka, dwóch zaraz szeregowych zwala
Po
ramionach i w głowę ugadza kaprala;
Reszta
zlękła od kłody cofa się z przestrachem:
Tak
Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem.
Zaczem
rozbito kłodę, rozcięto powrozy,
Szlachta
już wolna wpada na kwestarskie wozy,
Z
nich dobywa rapiery, pałasze, tasaki,
Kosy,
strzelby; Konewka znalazł dwa szturmaki
I
worek kul; wsypał je do swego szturmaka,
Drugi,
równie nabiwszy, ustąpił dla Saka.
Jegrów
więcej przybywa, mieszają się, tłuką;
Szlachta
w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką,
Jegry
nie mogą strzelać, już walczą wręcz, z bliska -
Już
stal, ząb za ząb o stal porwawszy się, pryska,
Bagnet
o szablę, kosa o gifes się łamie,
Pięść
spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię.
Lecz
Ryków z częścią jegrów pobiegł, gdzie stodoła
Tyka
płotów; tam staje, na żołnierzy woła,
Ażeby
zaprzestali bitwę tak bezładną,
Gdzie
nie używszy broni, pod pięściami padną.
Gniewny,
że sam nie może dać ognia, bo w tłumie
Moskalów od Polaków rozróżnić nie umie,
Woła:
"Stroj się!" (co
znaczy: formuj się do szyku),
Ale
komendy jego nie słychać śród krzyku.
Stary
Maciek, do ręcznych zapasów niezdolny,
Rejterował się, czyniąc przed sobą plac wolny
Na
prawo i na lewo; tu końcem szablicy
Uciera
bagnet z rury jako knot ze świécy;
Tam
machnąwszy na odlew, ścina albo kole.
I tak
ostrożny Maciek ustępuje w pole.
Lecz
z największym na niego naciera uporem
Stary
Gifrejter, co był pułku instruktorem,
Wielki
mistrz na bagnety; zebrał się sam w sobie,
Skurczył
się, a karabin porwał w ręce obie,
Prawą
u zamka, lewą, w pół rury porywa,
Kręci
się, podskakuje, czasem przysiadywa,
Lewą
rękę opuszcza, a broń z prawej ręki
Suwa
naprzód, jak żądło z wężowej paszczęki,
I znowu
ją w tył cofa, na kolanie wspiera,
I tak
kręcąc się, skacząc, na Maćka naciera.
Ocenił
przeciwnika zręczność Maciek stary
I
lewą ręką włożył na nos okulary,
Prawą
rękojeść Rózgi tuż przy piersiach trzyma,
Cofa
się, Gifrejtera ruch śledząc oczyma,
Sam słania
się na nogach, jakby był pijany;
Gifrejter bieży prędzej i, pewny wygranej,
Żeby
uchodzącego tem łacniej dosięgnął,
Powstał
i całą prawą rękę wzdłuż wyciągnął
Popychając
karabin, a tak się wysilił
Pchnięciem
i wagą broni, że się aż pochylił;
Maciek
tam, kędy bagnet wkłada się na rurę,
Podstawia
swą rękojeść, podbija broń w górę,
I
wnet spuszczając Rózgę, tnie Moskala w rękę
Raz,
i znowu na odlew przecina mu szczękę. -
Tak
padł Gifrejter, fechmistrz najpierwszy z Moskalów,
Kawaler
trzech krzyżyków i czterech medalów.
Tymczasem
koło kłodek lewe szlachty skrzydło
Już
jest bliskie zwycięstwa; tam walczył Kropidło,
Widny
z dala, tam Brzytwa wił się śród Moskali,
Ten
ich w pół ciała rzeza, tamten w głowy wali;
Jako
machina, którą niemieccy majstrowie
Wymyślili
i która młockarnią się zowie,
A
jest razem sieczkarnią, ma cepy i noże,
Razem
i słomę kraje, i wybija zboże:
Tak
pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu,
Mordując
nieprzyjaciół, ten z góry, ten z dołu.
Lecz
Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo,
Bieży
na prawe skrzydło, gdzie niebezpieczeństwo
Nowe
grozi Maćkowi; śmierci Gifrejtera
Mszcząc
się, Proporszczyk z długim szpontonem naciera
(Szponton
jest to zarazem dzida i siekiera,
Teraz
już zaniedbany, i tylko na flocie
Używają
go; wówczas służył i piechocie).
Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie się uwijał;
Ilekroć
mu przeciwnik broń na bok odbijał,
On
cofał się; młodego nie mógł Maciek zgonić,
I
tak, nie raniąc, musiał tylko siebie bronić.
Już
mu Proporszczyk dzidą lekką ranę zadał,
Już
wznosząc w górę berdysz, do cięcia się składał:
Chrzciciel
nie zdoła dobiec, lecz staje w pół drogi,
Okręca
broń i ciska wrogowi pod nogi.
Skruszył
kość; już Proporszczyk szponton z rąk upuszcza,
Słania
się; wpada Chrzciciel, za nim szlachty tłuszcza,
A za
szlachtą Moskale od lewego skrzydła
Biegą zmieszani; wszczął się bój koło
Kropidła.
Chrzciciel,
który w obronie Maćka oręż stracił,
Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił,
Bo
przypadło nań z tyłu dwóch silnych Moskali
I
czworo rąk zarazem we włos mu wplątali;
Upiąwszy
się nogami, ciągną jako liny
Sprężyste,
uwiązane do masztu wiciny;
Daremnie
w tył Kropiciel ciska ślepe razy,
Chwieje
się - a wtem postrzegł, że blisko Gerwazy
Walczy;
zawołał: "Jezus Maria! Scyzoryku!"
Klucznik,
trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku,
Odwrócił
się i spuścił ostrze płytkiej stali
Między
głowę Chrzciciela i ręce Moskali.
Cofnęli
się, wydawszy przeraźliwe głosy,
Lecz
jedna ręka, mocniej wplątana we włosy,
Została
się, wisząca i krwią buchająca.
Tak
orlik, jedną szponę gdy wbije w zająca,
Drugą,
by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,
A
zając, targnąwszy się, orła wpół rozszczepi,
Prawa
szpona u drzewa zostaje się w lesie,
A
lewą, zakrwawioną, źwierz na pola niesie.
Kropiciel,
wolny, oczy obraca dokoła,
Ręce
wyciąga, broni szuka, broni woła,
Tymczasem
grzmi pięściami, stojąc mocno w kroku
I
pilnując się z bliska Gerwazego boku,
Aż
Saka, syna swego, postrzega w natłoku.
Sak
prawą ręką szturmak wymierza, a lewą
Ciągnie
za sobą długie, sążniowate drzewo,
Uzbrojone
w krzemienie i w guzy, i sęki
(Nikt
by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki).
Chrzciciel,
gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył,
Chwycił
je, ucałował, z radości podskoczył,
Zakręcił
je nad głową i zaraz ubroczył.
Co
potem dokazywał, jakie klęski szerzył,
Daremnie
śpiewać, nikt by muzie nie uwierzył,
Jak
nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiécie,
Która,
stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie,
Widziała,
jako Dejów, moskiewski jenerał,
Wchodząc
z pułkiem Kozaków, już bramę otwierał
I jak
jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,
Zabił
Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.
Dosyć,
że się tak stało, jak przewidział Ryków:
Jegry
w tłumie ulegli mocy przeciwników.
Dwudziestu
trzech na ziemi wala się zabitych,
Trzydziestu
kilku jęczy ranami okrytych,
Wielu
pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę,
Kilku
wpadło do domu pod kobiet opiekę.
Zwycięska
szlachta biega z okrzykiem wesela,
Ci do
beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;
Jeden
Robak tryumfów szlachty nie podziela.
On
dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony
Księdzu
bić się), lecz jako człowiek doświadczony
Dawał
rady, plac boju z różnych stron obchodził,
Wzrokiem,
ręką, walczących zachęcał, przywodził.
I
teraz woła, aby do niego się łączyć,
Uderzyć
na Rykowa, zwycięstwo dokończyć.
Tymczasem
przez posłańca wskazał do Rykowa,
Że
jeżeli broń złoży, życie swe zachowa;
Jeżeli
zaś oddanie broni będzie zwlekać,
Robak
każe otoczyć resztę i wysiekać.
Kapitan
Ryków wcale nie prosił pardonu;
Zebrawszy
koło siebie z pół batalijonu,
Krzyknął:
"Za broń!" - wnet szereg karabiny chwyta,
Chrząsnęła
broń, a była już dawno nabita;
Krzyknął:
"Cel!" - rury rzędem zabłysnęły długim,
Krzyknął:
"Ognia koleją!" - grzmią jeden po drugim;
Ten
strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,
Słychać
świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki.
Cały
szereg zdaje się być ruchawym płazem,
Który
tysiąc błyszczących nóg wywija razem.
Prawda,
że jegry byli mocnym trunkiem pjani,
Źle
mierzą i chybiają, rzadko który rani,
Ledwie który zabije; przecież dwóch Maciejów
Już
zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów.
Szlachta
z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,
Chce
szablami uderzyć na nieprzyjaciela,
Ale
starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą,
Rażą,
spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą.
Już
aż po szybach dworu zaczynają dzwonić.
Tadeusz,
który został w domu kobiet bronić
Z
rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzéj
Wre
bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,
Któremu
Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;
Śpieszy,
łączy się z szlachtą i staje na czele.
Bieży,
broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,
Jegry,
przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.
Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka
raniony;
Zaczem
wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,
A z
drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,
Ogląda
się, cofa; widzą to Moskale;
Kapitan
Ryków myśli ostatni cios zadać,
Spędzić
szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.
"Formuj
się do ataku! - zawołał - na sztyki!
Naprzód!"
Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,
Schyla
głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;
Darmo
szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,
Szereg
już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;
Kapitan,
pokazując szpadą na drzwi dworu,
Krzyczy:
"Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!"
"Pal
- woła Sędzia - ja cię w tym ogniu usmażę".
O
dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe
Świecą
się pod lipami twoje ściany białe
Jeśli
tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada
Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,
Pewnie
tam piją często za Konewki zdrowie;
Bez
niego już by było dziś po Soplicowie!
Konewka
dotąd małe dał męstwa dowody;
Choć
najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,
Choć
zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,
Swój
szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,
Nie
chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa
Na
czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,
Ręką
jak łyżką strumień do ust sobie chylił;
Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,
Poprawił
czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,
Zmacał
sztenflem naboju, podsypał panewkę
I
spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca
Fala
bagnetów szlachtę bije i roztrąca;
Przeciw
tej fali płynie, schyla się do ziemi
I
nurkuje pomiędzy trawami gęstemi
Środkiem
dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,
Zasadza
się, a Saka gestami przyzywa.
Sak,
broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,
Bo w
tym dworze mieszkała jego Zosia droga,
Od
której choć w zalotach został pogardzony,
Kochał
ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.
Już
szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,
Gdy
Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza
Tuzin
kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;
Sak
puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.
Przerażony
zasadzką szereg w kłąb się zwija,
Cofa
się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.
Stodoła
już daleko; bojąc się odwodu
Długiego,
Ryków skoczył pod parkan ogrodu,
Tam
pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,
Szykuje,
lecz szyk zmienia: z jednego szeregu
Robi
trójkąt, klin ostry wystawując z przodu,
A dwa
boki opiera o parkan ogrodu.
Dobrze
zrobił, bo jazda nań od zamku wali.
Hrabia,
który był w zamku pod strażą Moskali,
Gdy
pierzchła straż zlękniona, dworzan na koń wsadził
I
słysząc strzały, w ogień jazdę swą prowadził,
Sam
na czele, z żelazem nad głowę wzniesionem.
Wtem
Ryków krzyknął: "Ognia pół batalijonem!"
Przeleciała
po zamkach wzdłuż nitka ognista
I z
czarnych rur wytkniętych świsnęło kul trzysta.
Trzech
jezdnych padło rannych, jeden trupem leży.
Padł
koń Hrabi, spadł Hrabia; Klucznik krzycząc bieży
Na
ratunek, bo widzi: jegry na cel wzięli
Ostatniego z Horeszków, chociaż
po kądzieli.
Robak
był bliższy, Hrabię ciałem swym zakrywa,
Dostał
za niego postrzał, spod konia dobywa,
Uprowadza;
a szlachcie każe się rozstąpić,
Lepiej
mierzyć, postrzałów nadaremnych skąpić,
Kryć
się za płoty, studnię, za ściany obory;
Hrabia
z jazdą ma czekać sposobniejszej pory.
Plany
Robaka pojął i wykonał cudnie
Tadeusz;
stał ukryty za drewnianą studnię;
A że
trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki
(Mógł
trafić do rzuconej w powietrze złotówki),
Okropnie
razi Moskwę, starszyznę wybiera:
Za
pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera.
Potem
z dwóch rur raz po raz dwóch sierżantów sprząta,
Mierzy
to po galonach, to w środek trójkąta,
Gdzie
stał sztab; zaczem Ryków gniewa się i dąsa.
Tupa nogami, szpady swej rękojeść kąsa:
"Majorze
Płucie - woła - co to z tego będzie?
Wkrótce
tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!"
Więc Płut na Tadeusza krzyknął z wielkim gniewem:
"Panie
Polak, wstydź się Pan chować się za drzewem,
Nie
bądź tchórz, wyjdź na środek, bij się honorowie,
Po
żołniersku". - A na to Tadeusz odpowie:
"Majorze!
Jeśli jesteś tak śmiałym rycerzem,
A
czegoż ty się chowasz za jegrów kołnierzem?
Nie
tchórzę ja przed tobą, wynidź no zza płotów,
Dostałeś
w twarz, jam przecie bić się z tobą gotów!
Po co
krwi rozlew! Między nami była zwada,
Niechajże
ją rozstrzygnie pistolet lub szpada.
Daję
ci broń na wybor, od działa do szpilki;
A
nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki".
I to
mówiąc wystrzelił, a tak dobrze mierzył,
Że
porucznika obok Rykowa uderzył.
"Majorze
- szepnął Ryków - wyjdź na pojedynek
I
pomścij się za jego raniejszy uczynek.
Jeśli
tego szlachcica kto inny zabije,
To,
Major widzi, Major hańby swej nie zmyje.
Trzeba
tego szlachcica na pole wywabić,
Nie można z karabina, to choć szpadą
zabić.
Co
puka, to nie sztuka; to wolę, co kole -
Mówił
stary Suworow; wyjdź, Majorze, w pole,
Bo on
nas powystrzela; patrz, bierze do celu".
Na to
rzekł Major: "Ryków! miły przyjacielu!
Ty
jesteś zuch na szpady, wyjdź ty, bracie Ryków,
Lub wiesz co? wyszlem
kogo z naszych poruczników.
Ja
major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy,
Do
mnie batalijonu komenda należy".
Słysząc
to Ryków szpadę podniósł, wyszedł śmiało,
Kazał
ognia zaprzestać, machnął chustką białą.
Pyta się Tadeusza, jaką broń podoba;
Po
układach - na szpady zgodzili się oba.
Tadeusz
broni nie miał; gdy szukano szpady,
Wyskoczył
Hrabia zbrojny i zerwał układy.
"Panie
Soplico! - wołał - z przeproszeniem Pana,
Pan
wyzwałeś Majora! ja do Kapitana
Mam
dawniejszą urazę: on do zamku mego
("Mów
Pan - przerwał Protazy - do zamku naszego")
On
wpadł - rzekł kończąc Hrabia - na czele złodziejów,
On,
poznałem Rykowa, wiązal
mych dżokejów.
Skarzę
go, jakom zbójców skarał pod opoką,
Którą
Sycylijanie zwą Birbante-rokko".
Uciszyli
się wszyscy, ustało strzelanie,
Wojska
ciekawe patrzą na wodzów spotkanie:
Hrabia
i Ryków idą, obróceni bokiem,
Prawą
ręką i prawym grożąc sobie okiem;
Wtem
lewymi rękami odkrywają głowy
I
kłaniają się grzecznie (zwyczaj honorowy:
Nim
przyjdzie do zabójstwa, naprzód się przywitać).
Już
spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać;
Rycerze,
wznosząc nogi, prawemi kolany
Przyklękają,
w przód i w tył skacząc na przemiany.
Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,
Naradzał
się po cichu z gifrejterem Gontem,
Który
w rocie uchodził za pierwszego strzelca.
"Gonto - rzekł Major - widzisz ty tego wisielca?
Jeśli
mu wsadzisz kulę, tam pod piątym żebrem,
To
dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem".
Gont
odwodzi karabin, do zamka się chyli,
Wierni
go towarzysze płaszczami okryli;
Mierzy
nie w żebro, ale w głowę Tadeusza,
Strzelił
i trafił - blisko, w środek kapelusza.
Okręcił
się Tadeusz, aż Kropiciel wpada
Na Rykowa, a za nim szlachta, krzycząc: "Zdrada!"
Tadeusz
go zasłania, ledwie zdołał Ryków
Zrejterować
się i wpaść we środek swych szyków.
Znowu
Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody
I
pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody
Walczą
jak bracia, jeden drugiego zachęca.
Dobrzyńscy,
widząc jak się Podhajski wykręca
Tuż
przed szeregiem jegrów i kosą ich kraje,
Zawołali
z radością: "Niech żyją Podhaje!
Naprzód,
bracia Litwini! Górą, górą Litwa!"
Skołubowie zaś, widząc, jak waleczny Brzytwa,
Choć
ranny, leci z szablą wzniesioną do góry,
Krzyknęli:
"Górą Maćki, niech żyją Mazury!"
Dodawszy
wzajem serca, biegą na Moskali;
Nadaremnie
ich Robak z Maćkiem wstrzymywali.
Gdy
tak na rotę jegrów uderzano z przodu,
Wojski
rzuca plac boju, idzie do ogrodu;
Przy
boku jego stąpał ostrożny Protazy,
A
Wojski mu po cichu wydawał rozkazy.
Stała
w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,
O
który się opierał Ryków swym trójgranem,
Wielka,
stara sernica, budowana w kratki
Z
belek na krzyż wiązanych, podobna do klatki.
W
niej świeciły się białych serów mnogie kopy;
Wkoło
zaś wahały się suszące się snopy
Szałwiji, benedykty
kardy, macierzanki:
Cała
zielna domowa apteka Wojszczanki.
Sernica
w górze miała wszerz sążni półczwarta.
A u
dołu na jednym wielkim słupie wsparta,
Niby
gniazdo bocianie. Stary słup dębowy
Pochylił
się, bo już był wygnił do połowy,
Groził
upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,
Aby zrucił budowę wiekiem nadwątloną;
Ale
Sędzia powiadał, że woli poprawiać
Aniżeli
rozrucać, albo też przestawiać.
Odkładał
budowanie do sposobnej pory,
Tymczasem
pod słup kazał wetknąć dwie podpory.
Tak
pokrzepiona, ale nietrwała budowa
Wyglądała
za parkan nad trójkąt Rykowa.
Ku
tej sernicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,
Każdy
zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą;
Za
nimi ochmistrzyni dąży przez konopie
I
kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.
Przyszedłszy,
drągi wparli w wierzch słupa nadgniły,
Sami,
u końców wisząc, pchają z całej siły,
Jako
flisy uwięzłą na rapach wicinę
Długimi
drągi z brzegu pędzą na głębinę.
Trzasnął
słup: już sernica chwieje się i wali
Z
brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali,
Gniecie,
rani, zabija; gdzie stały szeregi,
Leżą
drwa, trupy, sery białe jako śniegi,
Krwią
i mozgiem splamione. Trójkąt w sztuki pryska,
A już
w środku Kropidło grzmi, już Brzytwa błyska,
Siecze
Rózga, od dworu wpada szlachty tłuszcza,
A
Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza.
Już
tylko ośmiu jegrów z sierżantem na czele
Bronią
się; bieży Klucznik; oni stoją śmiele,
Dziewięć
rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika;
On
leci na strzał, kręcąc ostrze Scyzoryka.
Widzi
to Ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę.
Sam
pada i podbija Gerwazemu nogę.
Upadli,
właśnie kiedy pluton ognia dawał;
Ledwie
ołów prześwisnął, już Gerwazy wstawał,
Już
wskoczył w dym; dwom jegrom zaraz głowy zmiata.
Uciekają
strwożeni, Klucznik goni, płata;
Oni
biegną dziedzińcem, Gerwazy ich torem;
Wpadają
we drzwi gumna stojące otworem,
I
Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,
Zniknął
w ciemności, ale bitwy nie zaniechał,
Bo
przeze drzwi jęk słychać, wrzask i gęste razy.
Wkrótce
ucichło wszystko; wyszedł sam Gerwazy
Z
mieczem krwawym.
Już
szlachta odzierżyła pole,
Porozpędzanych
jegrów ściga, rąbie, kole;
Ryków
sam został, krzyczy, że broni nie złoży,
Bije
się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy
I
wznosząc karabelę, rzekł poważnym tonem:
"Kapitanie!
nie splamisz czci twojej pardonem,
Dałeś
proby, rycerzu nieszczęsny, lecz mężny,
Twojej
odwagi; porzuć opór niedołężny,
Złóż
broń, nim cię naszymi szablami rozbroim;
Zachowasz
życie i cześć, jesteś więźniem moim!"
Ryków,
Podkomorzego zwalczony powagą,
Skłonił
się i oddał mu swoję szpadę nagą,
Skrwawioną
po rękojeść, i rzekł: "Lachy braty!
Oj,
biada mnie, żem nie miał choć jednej armaty!
Dobrze
mówił Suworow: <<Pomnij, Ryków kamrat,
Żebyś
nigdy na Lachów nie chodził bez armat!>>
Cóż! jegry byli pjani, Major pić
pozwolił!
Och,
major Płut, on dzisiaj bardzo poswawolił!
On odpowie
przed carem, bo on miał komendę,
Ja,
Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.
Ruskie
przysłowie mówi: Kto się mocno lubi,
Ten,
Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.
Wy
dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,
Ale
przestańcie robić nad jegrami zbytki".
Podkomorzy,
słysząc to, karabelę wznasza
I
przez Woźnego pardon powszechny ogłasza,
Każe
rannych opatrzyć, z trupów czyścić pole,
A
jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę.
Długo
szukano Płuta; on, w krzaku pokrzywy
Zarywszy
się głęboko, leżał jak nieżywy;
Wyszedł
wreszcie, ujrzawszy, że było po bitwie.
Taki
miał koniec zajazd ostatni na Litwie.